Irmina Krysiak: Czasami byli, można powiedzieć ludzcy Niemcy. Okazywali jakieś uczucia normalnego człowieka. No sama też doświadczyłam jako dziecko, to też pamiętam. Po Warszawie jeździły tramwaje, to były pojedyncze wagony i przedzielone były na pół. Na przedniej części było „nur fur Deutsche”, a druga część była dla Polaków. No i ja małe dziecko, byłam u mamy na ręku. Jechałyśmy… nie wiem gdzie, no w każdym razie jechałyśmy tym tramwajem. I… no ja podobno byłam ładnym dzieckiem. No musiałam się spodobać Niemcowi, który siedział przodem do nas, do mojej mamy i do mnie, i on jechał z balonem. I on chciał mi tego balona dać. A ja nauczona, że nie wolno nic brać od Niemców ręce do tyłu: Nie chcę od szkopa! Tak. Jak ludzie to usłyszeli – „nie chcę od szkopa”, bo niestety tak się określało w domu Niemców, to ludzie, wie pan, otoczyli nas, momentalnie nas wycofali do tyłu, żeby jak najdalej od tego Niemca. Nas już nie było po tym moim powiedzeniu. Na pierwszym przystanku jaki tylko był mama ze mną wysiadła blada jak ściana. No ale to też – no on chciał okazać życzliwość, no zobaczył dziecko, chciał mu dać, no. Dlatego mówię, że czasami Niemcy zdobywali się również na ludzkie odruchy. Może to wszystko śmieszne jest takie z perspektywy dziecka, ale wie pan, to tak głęboko mi w pamięć zapadło. To też była dla mnie nauka, bo potem dostałam jeszcze lekcję: „Tak nie wolno głośno mówić. Szkop to jest tylko w domu”.