Bohdan Wróblewski: I mieliśmy takiego kolegę Klimkiewicza, który mieszkał… to był taki trochę z tej bananowej młodzieży, on mieszkał róg Ząbkowskiej i Targowej. Ten budynek, który tak odrestaurowali, z taką wieżyczką, tam zresztą była katastrofa, bo kiedyś się oberwał balkon i parę osób zginęło z tego balkonu. Tam był… teraz chyba zrekonstruowali to, on tam mieszkał. A jego rodzina miała… on był takim… bo myśmy to byli, no cóż, to taka, taka… trochę bida była w tamtym czasie. Mimo że przecież mój ojciec też pracował, ale te zarobki nie były takie duże, tym bardziej że za szkołę muzyczną trzeba było płacić, bo to prywatna szkoła była, prawda. Brat też potem chodził, też trzeba było płacić. I… a Klimkiewicz był taki dobry, taki łobuziak i bardzo często, a on miał strasznie dużo forsy od ojca tam. Widocznie ten ojciec miał, oni mieli jakąś fabrykę tych trykotarzy, coś takiego, więc to była inicjatywa prywatna, która jeszcze była niestłumiona wtedy. I pamiętam jak żeśmy szli do Władysława IV, to na tej jezdni bliżej Ząbkowskiej, bo tam były przecież dwie jezdnie. To tam zresztą początkowo tramwaje chyba chodziły bokiem w ogóle, dopiero potem przerzucili na środek. To tam na takim kuble stał milicjant. I on regulował ruchem tam różne na Ząbkowskiej i Targowej, na tym, w tym, w tym miejscu, a statkiem jak żeśmy szli, oczywiście trzeba było przechodzić tak jak on, tego, prawda, jeszcze pasów nie malowali wtedy, ale trzeba było przechodzić najkrótszą tą drogą. A on mówi: „Chłopaki…”, tak trzech czy czterech idziemy, mówi: „…przechodzimy na przełaj! Na tego milicjanta idziemy tak. W razie czego ja płacę!”. I to był taki numer, że myśmy weszli, ten milicjant gwizdał, krzyczał, a on podchodzi do niego i mówi: „Ile płacę za wszystkich?”, no więc tak! Taka była ta historia, prawda.