Mieczysław Gajda: Teraz jeszcze powiem o ogólnej atmosferze – już nigdy nie żyłem w domu, który był jedną wielką rodziną. Nie było tam zamykania drzwi. Nie, skąd. Takiej Pragi już nie ma i nie może być, ponieważ tak – nie chodziło się do teatru, nie chodziło się do kina, nie było telewizji i nie było radia. Więc wszystkie towarzyskie spotkania, wszystkie opowieści, ktoś opowiadał film, ktoś opowiadał prawdziwe zdarzenie z życia – wszystko odbywało się wspólnie. Latem przed domem kobity wynosiły sobie stołeczki i ławeczki, siedziały, haftowały, cerowały i opowiadały. Więc takiej jedności, takiej solidarności, takiej rodzinnej atmosferze nie było. I trzeba było wyswatać pannę Stasię, to wyswatali. Trzeba było kogoś pochować, to się robiło pogrzeb. Trzeba było komuś poradzić lekarstwa – Bucińska pracowała w aptece. I mówiła: „No to ja coś przyniesę”. Siedzą przed domem Bucińska Andzia i Trocińska Andzia, i… a Bucińska przynosiła lekarstwa z apteki bez wiedzy pani Komornickiej, pani Komorowskiej wtedy. Wziąć z apteki lekarstwo, żeby uratować komuś życie to nie jest grzech. Tak sobie wytłumaczyły dziewczęta. I Andzia Trocińska mówi, do Buci mówi: „Andziu… Andziu, moja siostro, kurwa twoja mać, przecież ty jesteś alfabetką!”, to znaczy analfabetką. A Bucińska mówi: „Andziu, jak cię kocham i szanuję, siostro moja, również kurwa twoja mać, do czego to się tyczy?!”, „Posłuchaj mnie Andziu, moja siostro, przecież ty przynosisz lekarstwa i dla nas starych i dla dzieciów, a przecież ty jesteś alfabetką i ty niczego nie przeczytasz. Na każdej szufladce masz, sama kiedyś sprzątałam aptekę, to są emaliowane te tabliczki, możesz je zmywać, się nie ścierają, pięknymi literami jest napisane co się nazywa i na co to jest. Na każdej butelce, na słoju, a ty alfabetko, Andziu, kurwa twoja mać, weźmiesz jakieś truciznę na robactwo i dasz do wypicia na żołądek i zatrujesz nas!”. I Bucińska mówi: „Chwileczkę, Andziu, moja siostro, kurwa twoja mać, skończyłaś?”, „Tak, Andziu, skończyłam”, „No to teraz posłuchaj. Chodzisz do kościoła?”, „Chodzę”, „No to będziesz miała wykład z mojej strony. Wyobraź sobie, że na tych szufladkach na każdej butelce na każdy flakon jest napisane w tym języku, w którym ksiądz odprawia mszę. To się nazywa łaciński. Łacińskim jest napisane. A jak idziesz do kościoła, „et com spiritu to oremus”, wiesz co? Gówno wiesz. Tak ja bym nie była nawet alfabetką i przeczytała, to gówno bym wiedziała. Albo trzeba iść do księdza, ale ksiądz by mnie przepędził, że ukradłam lekarstwo! Musiałabym oddać i jeszcze żałować za grzechy!”. Mówi: „Tak, siostro. No, że tak powiem, Andziu, szanuję cię i kocham, siostro moja, kurwa twoja mać, nigdy się już nie ośmielę tak się do ciebie zwrócić”. O, panie się pogodzili.