Prof Janusz Stanny: Nazywam się Janusz Stanny, jestem profesorem Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, w Łodzi i grafikiem projektującym, właściwie wszystkie projekty związane z grafiką użytkową, ale robiłem też malarstwo, robiłem też grafikę artystyczną.

Trzeba wrócić do roku 1939 ubiegłego wieku i ja mam iść do szkoły, ale wybucha wojna. I przyznam się, że wojna mnie przeraziła. Przeraziła mnie jako nigdy nieprzeżywane zjawisko. Mieszkaliśmy wtedy na Grochowie przy ulicy Kobielskiej, czyli na prawym brzegu Wisły, czyli, czyli jakby poza Pragą. Bo wtedy Grochów to już były krańce miasta. Tu już właściwie zaczynały się pola, tu już rosła… tak jak chyba mówiłem, tam zboże już rosło, tam już rosły kartofle, tam były pomidory, tam były drewniane domki już w tych polach. Stąd pięknie położone wśród drzew i między innymi do jednego ze znajomych kolegów chodziłem morwy zrywać, bo morwy były bardzo atrakcyjnym, jakby to powiedzieć, atrakcyjną gumą do żucia wtedy, której nie było oczywiście no, jak miałem 10, czy 7 lat. No i ten ’39 rok wybucha wojna i nikt nie jest przygotowany na to jak ta wojna będzie wyglądać, bo to były pokolenia, które jeżeli pokolenie rodziców pamiętało, to pamiętało I Wojnę Światową. Ci dorośli, którzy dorośli w 20-leciu, to całkowicie nie wyobrażali sobie co to znaczy wojna. Tym bardziej, że propaganda była tak ukierunkowana, że za dwa tygodnie mieliśmy być w Berlinie, to nie ja znaczy, ale polskie wojsko miało zdobyć Berlin i dać po uszach Hitlerowi, co jak wiemy nie stało się. Tam było kopanie rowów przeciwlotniczych jak wybuchła wojna, ale to wszystko później się okazało psu na buty, bo ta wojna nie wyglądała tak jak przewidywali, nie jak przewidywała administracja. Co najbardziej mnie zdziwiło to nawet nie huk, bo tam bomby spadły gdzieś spadły 4-go chyba spadły na Okęcie, trochę tam spadło gdzieś w okolicach, musiało na Grochowską, bo Grochowska była takim zresztą ważnym pozostała, bo tam wszystkie wojska jechały na wschód, a potem wracały ze wschodu. Niecodzienny zapach chemii bardzo silnie, bardzo silnie ona wchodzi w chemiczne jakieś komplikacje z tlenem może, nie wiem. W każdym razie ja zapamiętałem, że jako, jako niecodzienny zapach chemii właśnie. Ale Praga, Praga była dla mnie miejscem… wie pan, wówczas jak ja mieszkałem na Grochowie, to Praga była dużym miastem – tak bym powiedział. To była metropolia. Wie pan, bo tam, bo tam wszystko można było kupić i sprzedać. Na Targowej, na Kijowskiej, co prawda mnie wtedy te handle nie obchodziły, chociaż przy ulicy Kijowskiej od Brzeskiej przy Kijowskiej stał taki szereg handlujących pieczywem. I ja byłem wynajęty przez tych handlujących, byłem wynajęty, bo oni na Brzeskiej mieli gdzieś, oni na Brzeskiej gdzieś mieli taki no magazyn mieli, gdzie mieli ten, może tam piekli? To były pierwsze dni okupacji. Jeszcze on był Żydem ten kolega i tak lataliśmy z tym chlebem od tych magazynów do tych pań, ale pewnego, pewnego dnia szedł patrol niemiecki i zobaczył, co zaczął „Halte”, wie pan tego i doszliśmy z tymi bochenkami chleba, i ja sobie myślę: „No tak, ale on jest Żydem”, bo to już wtedy takie były. Ale ten patrol nic. Wzięli sobie po bochenku chleba od nas i prawdę mówiąc dali nam kopa, żebyśmy uciekali, poszli sobie gdzie chcemy no i to, to tak. Także Praga, tak jak już powiedziałem, dla mnie Praga to było CITY. Bo wie pan, mieszkałem na Grochowie, a Grochów to już pola, tam tramwaj aleją Waszyngtona jak został, ta linia została wybudowana, no to też to była sensacja, bo tam nic dookoła nie rosło, tam nawet ogródków nie było działkowych wtedy, o którym ja mówię, tam żadnych domów nie było. Także tramwaj pędził z niesamowitą prędkością, a ja z tyłu, przy „cycku” tak zwanym, na sankach! Wie pan, od… z grubsza od ronda przy rondo Waszyngtona, tak, dobrze mówię? Do Wiatracznej! Szalona jazda. Wariactwo pełne. Wie pan, tym bardziej, że jeszcze były, nie wiem co ile, były takie odprowadzające wodę rowy takie melioracyjne. Wie pan, jadąc taki śnieg jak dzisiaj, a ja z kolegą z tyłu przyczepieni pędzimy. Proszę pana, na ulicy Wiatracznej była pętla – to była wyższa szkoła jazdy. A niższa to była za dorożkami to samo robić, tylko że można było dostać batem. To była niższa szkoła jazdy. A wyższa była być na ulicy Wiatracznej, gdzie była pętla tramwajowa i jak tramwaj ruszał z pętli trzeba było podbiec, przerzucić sznurek, bo to był sznurek przez, przez tak zwany „cycek” – „cycek”, czyli łączenie tramwajów, taka jest ta. Przez to i fru, jedziemy! Jedziemy aż do, aż do…

Prowadzący: Waszyngtona?

J.S.: …do rogu Francuskiej. No i tam on stawał na jakimś przystanku, stawał na przystanku przy parku. Wie pan, zimy to ja pamiętam takie, że normalnie na saniach jeździli ludzie. Mój ojciec miał taksówkę, to nawet były tego rodzaju jakieś niesnaski. Mniej ludzi jeździło taksówkami w pewnym momencie jak padał śnieg. Siadało się sobie hej ha w sanie. A na Jagiellońskiej stały, była tam, tak jak mówiłem, była stajnia na Jagiellońskiej i tam były też sanie. Także to musiał być bardzo użyteczny przedmiot. Po prostu jak ktoś chciał pojechać sobie, ja wiem, z Grochowa na Pragę, no to brał sanie jak było tak jak teraz jest. Te łyżwy. No miało się, ja miałem łyżwy – przykręcane, co jest w ogóle dzisiaj to trzeba by cały ten mechanizm opowiedzieć, co to była łyżwy przykręcane, co to było, i jak to strasznie odrywało zelówkę, która była na ogół drewniana. Wie pan, no bo to… ponieważ w czasie okupacji chodziłem w drewniakach, no bo to niemieckie zarządzenia o oddawaniu skór i oddawaniu, nawet o oddawaniu futer były też, pamiętam takie coś. Ja jeździłem na tych, na takich łyżwach jeździłem, tak, jeździłem wzdłuż po ulicy Grochowskiej po chodniku – przecież nikt nie sprzątał śniegu, po chodniku po zamarzniętym śniegu, ale jak bywałem właśnie na Jagiellońskiej u babki na jakieś święta, na niedziele, na coś takiego, to przy Florianie było lodowisko. Przy Florianie było lodowisko z muzyczką. Wie pan i tam dopiero przeżywałem uroki tego, który jeździ na łyżwach. Na takich właśnie, one się nazywały śniegórki czy coś takiego, wie pan, one taką nazwę miały. Ale tam, wie pan, tam to już była wyższa szkoła jazdy, bo niektórzy, niektórzy starsi ode mnie koledzy potrafili zrobić pistoleta, nie wie pan co to jest? Na prawej nodze przykucnąć, a lewą wyprostować tak – ręce mogły być tak. No ja tego nie umiałem robić, ale wie pan jaki ból w sercu jak się dziewczyny patrzyły na niego? No wie pan, wszystko się liczyło. Zresztą… Kościół Świętego Floriana, on był bardzo takim silnym ośrodkiem pomagającym. ja mówię o okupacji w tej chwili. Tam, tam, tam można było napić się kakałko, wie pan, coś takiego, bo ja nie wiem skąd oni mieli – z Caritasu, czy z Czerwonego Krzyża.