Mieczysław Gajda: Ale jak to się dzieje na stare lata, że ja ten okres trzydziesty dziewiąty – czterdziesty piąty najokrutniejszych prześladowań i zbrodni, jakie dokonywali na nas okupanci niemieccy, wspominam z wielką radością. Dlaczego? Bo mieszkałem we wspaniałym domu, praskim drewniaku piętrowym, dwadzieścia osiem lokali, to znaczy izb, bo nie było pokoi z kuchnią, tylko izba, może to miało czternaście, może piętnaście metrów. Jedna izba, w niej wielka kaflowa kuchnia i było wszystko – pralnia, sralnia, jadalnia, sypialnia, wszystko. Za to nie było światła elektrycznego i nie było wody. Woda była w studni, światło to była lampka naftowa, na co dzień trójka z tak zwanym szkiełkiem, które się czyściło, a na święto była dziewiątka, to był już duży taki klosik wstawiany, a z tyłu jeszcze było takie okrągłe lustereczko i drut wygięty, bo można było powiesić na ścianie. Skąd się to wzięło? Wzięło się stąd, że byłem młodziutki, dzieckiem byłem, trzydziesty pierwszy rok urodzenia, w trzydziestym dziewiątym miałem ósmy rok. Stąd się wzięło, że dom był niezwykły, drewniak, zwykły drewniak, ale piękny, i ludzie, którzy tam mieszkali, to było niezwykłe! Nie ma już teraz takich domów, takich ludzi, mój Boże, nie ma. Tam nikt nie zamykał drzwi na klucz. Tam mówili: „Borkowska! Wychodzę, zwróć uwagę na mojego Mietka, żeby tam komuś szyby nie wybił!”, to o mnie było. Bo grałem w piłkę, a ręce miałem dziurawe i piłka mi często przez ręce przelatywała. Piłka – za dużo powiedziane, proszę państwa, piłka… To Edek Dudek, taki majster nasz podwórkowy, zrobił ze szmat, okręcona takim z kurtki grubym suknem i sznurkiem związana. I to była piłka. Ale szyby wybijała! I proszę państwa – ludzie, ludzie… Mama moja chodziła na Stalową do pani Wińczukowej, mówiliśmy na nią Rosjanka, prawosławna była. I robiła pończochy na maszynie. Myślicie państwo, że ja byłem głodny? Nie. Co chwila ktoś zawołał. Wiśniewska woła: „Mieciu, leć no mi po śmietanę do Ślezyngera na Kamienną, tylko nie wyżryj palcami, to dostaniesz ruskie napoleonkie!”. A ruska napoleonka to był chleb ze Stolarskiej, z piekarni, pajda taka ukrojona, śmietaną gęstą posmarowane i posypana cukrem. To była ruska napoleonka. A razowy chleb, jak nie było śmietany, to w kubełku, bo przecież kranu nie było w mieszkaniu, tylko kubełek był nakrywany z wodą czystą do gotowania, rękę pani umaczała, ten chleb czarny umo… po ten, i posypała cukrem i wtedy to był ruski pierdnik. Albo dostawałem placka. To się mówiło racuchy. To była mąka, trochę mleka, proszek do rośnięcia ciasta z trójwąsa, taki w papierku, w torebce, i no, czasami jajko jeszcze dochodziło. I z tego robiło się takie racuchy, ale nie smażyło się na patelni, na tłuszczu, tylko na blacie kuchennym. Na blacie one rosły i jak się zdejmowało, na jednym z gwoździ przy kuchni przybitym wisiała skórka od słoniny, i się tak słoniną smarowało z jednej strony, z drugiej strony, to się błyszczało, jakby było… I to się nazywało racuch. Albo… Albo słonina, podgardle przeważnie, bo było tańsze, i na słoninie piękne plastry cebuli, nie wysmażone, nie zarumienione, tylko takie szkliste, słodkie to było, słodkie… To się wtedy na to mówiło ruski pasztet. No ja wiem, tak jak się cofnę, to Ruskie byli przedmiotem żartów. Ale nie byli takim przedmiotem nienawiści, może byłem na to za młodszy. Jak już byłem starszy, to się okazało, że uzasadnionej, bo ojciec nie powiedział mi nic, że 17 września przypieprzyli nam w plecy nożem, prawda? Weszli, zagarnęli pół Polski. Nie powie… Mówię: „Dlaczego mi, tato, nie powiedziałeś? A o powstaniu, że Stalin swołocze, i czekali, aż się miasto zburzy i spali?”. Mówi: „Syneńku, ty zawsze byłeś gaduła. Opowiedziałbyś przede wszystkim Edkowi Dudkowi, Wieśkowi, Markowi, oni by powiedzieli i któregoś dnia nie wrócilibyście ze szkoły do domu”. Bo i takie przypadki były. Pod czterema śpiącymi mój kolega Sobiszewski na Strzeleckiej mieszkał i stanął i coś tam, nie to żeby matkom tych żołnierzy ubliżył, nie, tylko coś powiedział, że po cholerę tu stoją te Ruskie i machają jeszcze granatem na Warszawę. Zniknął! Zniknął na parę lat, wrócił, rodzice nawet przez długi czas nie wiedzieli, wrócił tak strasznie spuchnięty, tak zmieniony. I rodzice wyjechali do Szczecina, bo on miał uraz, nie mógł przebywać… Dlatego mi tatuś o pewnych rzeczach nie mówił. Dowiedziałem się do nich dość późno. Więc ludzie w tym domu! Jak mama chodziła do pani Wińczukowej nikt, żadne dziecko nie było głodne! Co chwila było wołane, dostawało albo takie ciastko ruskie, albo taki pierdnik ruski, albo racucha, talerz zupy. Zupy były pyszne, latem wszystko było owocowe – jagodowa z kluskami i ze śmietaną, truskawkowa z kluskami i ze śmietaną, wiśniowa, tak. Potem dynia była bardzo dobra, też śmietaną zaprawiona. Były także zupy… Przeważnie to były takie sytne – fasolowa i zacierkowa. I do tego skórki takie od słoniny szły. A na niedzielę był zawsze rosół. Między Stalową a Strzelecką był taki mały bazar, taka mała Stara Praga, pamiętacie państwo? Był, był. Jeszcze jest? Cholera, muszę tam kiedyś zajrzeć, może coś… No to może sobie coś eleganckiego kupię. Aa, szkoda. I teraz tam na tym bazarze na przykład można było kupić same skrzydełka. Dwa skrzydełka, dwie nóżki, szyja, wątróbka, serce, żołądek i troszeczkę tu od dupki u kurczaka było takie sadełko, taki tłuszczyk był żółty, i tego tłuszczyku dokładały panie, pęczek włoszczyzny, do tego kawałek łaty i kość wołową, i to był rosół na święto. I wtedy to już było elegancko. A koperek rósł w ogródku, bo był ogródek na środku. Także to tyle.