Mieczysław Gajda: Dom był niezwykły. Drewniak, zwykły drewniak, ale piękny! I ludzie, którzy tam mieszkali. To było niezwykłe!  Nie ma już teraz takich domów, takich ludzi, mój Boże. Nie ma. Więc ludzie w tym domu, wspaniali ludzie. Ciocia Stasinowska prowadziła tak zwany żłobek – przedszkole – żłobek z przedszkolem razem. Mówiła: rodzice się parzą, ale muszą na szmugiel jechać, to co dzieci mają leżeć i srać w pieluchy?. To ja muszę się niemi opiekować. Nieraz miała taką o to mamę czerwonym pluszem wyścielaną pluszem z oparciem z wałkami, na tej o to mamie leżała po trójka dzieciaków. Tylko, że dawniej to nie leżało tak dziecko co to  rączki i nóżki machały. Tylko było w takim albo w takiej poduszce długiej, pod szyję – becik trzy razy zawiązany, albo okręcony różnymi kocykami, pieluchami. No zniewolony był. A ciocia Stasinowska miała obraz. Bo w każdym domu, to była potrzeba prostych ludzi, żeby było coś pięknego i miała obraz. Pan Budziński, który był szewcem-filozofem,  jak zaczął mówić to butów nie podbijał. Tylko mówi mi i mówi, i mówi tak: Zastanawia mnie moje panie, że Stasinowska to ona się zachowuje niestosownie. Popatrzcie, u Grzybowskich Matka  Przenajświętsza  karmiąca – wchodzisz od razu wisz, że nie możesz na przykład zabluźnić. U mnie obraz w długości łóżka: dom, człowiek starszy, z brodą, przy warsztacie, trzyma hiebel w ręku, domyślasz się, że no kto to, kto święty Józef. Od razu – mówi – jesteś w porządnym religijnym nastroju. Obok siedzi kobieta obraz, no obrazek,  lalka dosłownie na biało ubrana, niebieski taki szal ma, co to do samej ziemi jej się  zwisa i coś szyje w ręku, może skarpetkę ceruje, bo to się tak cerowało skarpetki na takim grzybku, w tę stronie i w tę stronę, taki haft był. A na brzegu obrazu dzieciątko, no śliczne to dzieciątko i ono tak jeden patyczek na ziemi leży, a ono wzięło drugi patyczek i rzuciło. I się zrobiło co? No i nawet gdybyś był – mówi – antychrystem, to byś się zorientował, że to Matka Przenajświętsza, Święty Józef i Dzieciątko Jezus. Mało tego, na samym brzegu, zaraz za dzieckiem siedzi gołąbek biały, ale tak siedzi, ze jakby mu skrzydełko zza ramy wypadało. No i siedzi. To jest obraz, a nie obraz nieprzyzwoity jak u Stasinowskiej. Ona tam nazywa, że to są surałki. To znaczy to były rusałki, ale tam na Pradze się mówiło surałki. Mówi: Jakie surałki? A moim zdaniem,  żeby się nie wyrazić, to są kobiety upadłe i to upadłe w błoto. Bo niby stawik taki mówi, bo trzciny rosną, żurawina, trzciny rosną, tatarak, i one siedzą w tej wodzie, ale przecież wiedzą, że się ludzie na nich patrzą , to mogły wejść o tak do wody. A one siedzą tak, oba cycki na wierzchu, a woda się zaczyna się tu, gdzie się misio zaczyna i one między sobą rozmawiają, no niektóre są przysłonięte taka firanka ciulowom. Ale  jeden cycek każda wie. I nasze dziewczynki tam pójdą i co dziewczynki firanki kawałek potną i bluzeczkę sobie taka uszyją i  będą mówiły, ze są surałki. Także, ja powiedziałem Andzi: Andziu nasza Tereska i Lucynka nie będą chodzili do Stasinowskich dopóki te surałki, które między nami mówiąc, one są kurwamy, moim zdaniem, ja się nie chce wyrażać, no która kobieta, mówi, dotąd, mówi, i jeszcze zadowolona z tego, żeby się przykryła, żadna! O takie były opowieści pięknych ludzi. Przyznawali się w większości, do tego ze są alfabetami. Alfabety. Kiedyś pani Budzińska mówi do pani Grzybowskiej Janiny, mówi Jańciu – aha bo wieczorem kobiety wynosiły takie stołeczki, albo ławeczki długie na czterech nóżkach, siadały, haftowały, przeważnie cerowały i szyły. I pani Budzińska zabiera głos i mówi – Janiu, ty nasz właściwie przed całą Pragą kompromitujesz. Janka mówi: z jakiego powodu? Przecież mam męża i dziecko. Nie o tym mówię, mówię o drobiazgach, ale takie drobiazgi nasz ośmieszają. Ty masz żyrandol piękny w mieszkaniu, trzy takie klosze do dołu i jeden do góry. Mówi: jak to masz żyrandol, przecież u nasz nie ma prądu? A oprócz tego, jak ktoś przyjdzie te dwa, trzy klosze to są w dół, to zobaczy, ze nie ma żarowków. I wtedy pani Grzybowska Jania mówi: Andziu moja siostro, zanim coś powiesz to się zastanów i nie pieprz głodnych kawałków, przecież sama powiedziałaś, jest żyrandol a po co mi żarówki jak sama stwierdziłaś, że  nie ma u nasz prądu?  I wtedy Budzińska się zachowała  mówi: Andziu to ja ci mówię pardonez. Do apteki chodziła, tam się używało  takich słów zagranicznych, bo takie były rozmowy.