Ryszard Szufladowicz: Otóż naprzeciwko Rzeszotarskiej, po drugiej stronie Konopackiej egzystował przez długie, długie lata po wojnie, fotograf. A taki fotograf, który miał taką, wielki, na statywie, kamerę, na głowę się nakrywał takim, jak to na filmach czasami, taką płachtą czarną i zdejmował szkiełko i potem, zasłonę obiektywów i tego. Ja potrzebowałem kiedyś, ja nawet to zdjęcie gdzieś miałem jeszcze na pamiątkę, zrobić do legitymacji szkolnej zdjęcie. A to wszystko na parkanie, była płachta biała, na tle płachty, lupa wycelowana. No i ja poszedłem, on mnie usadził, tą główkę tam tak śmak. Dzień był słoneczny, po południe, a te sprytne dziewczęta z tej Rzeszotarskiej, na tym czwartym piętrze, bo to stamtąd szło, wzięły lusterka i zajączki mi w oczy puszczały, nie. Ja się zalewałem łzami, on mnie strofował, ten co robił zdjęcie, ja nie mogłem, a one mnie te zajączki tylko w oczy puszczały. W związku z tym, wyszedłem na zdjęciu jak ostatni bandyta, zapłakany, do dziś dnia to sympatycznie wspominam, bo to znowu trzeba mieć pomyślunek, siedzi chłopak to mu puszczają zajączki. No i puszczali mi tak zajączki, miałem potem tą legitymacje szkolną okraszona fatalnym zdjęciem przez wiele lat. Ta szkołę zlikwidowano. To było, to było piękne jak żeśmy od Mickiewicza chodzili do Curie-Skłodowskiej zapraszać dziewczęta na potańcówkę, do pani dyrektor chodziliśmy żeby pozwoliła, tak. Ja pamiętam jak byłem w delegacji takiej trzyosobowej żeby na koniec, na małą maturę była zabawa. Zaprosiliśmy z Curie-Skłodowskiej, to wszystkie, to nas wszystkim za próg holu nie puścił woźny. To proszę tak: „pani dyrektor przyjdzie za chwilę”, pani dyrektor przyszła, wyłuszczyliśmy, łaskawie wyraziła zgodę. Ale przyszły z profesorką. Pachnące, czyściutkie, w bialutkich bluzeczkach, granatowych, plisowanych spódniczkach. Tak, były tańce, było fajnie, do godziny dziesiątej, ani kroku dalej… koniec. To było fajne, proszę pani, to tchnęło jakimś romantyzmem takim.