Bogusław Homicki: Ogniska, bo to było kilka Ognisk wtedy w Warszawie: no było na Pradze, na Muranowie, w Świdrze… To były takie miejsca gdzie… gdzie chłopcy z biednych rodzin, z wielodzietnych, no pozbawionych opieki, mogli znaleźć dla siebie kąt. To stworzył Kazimierz Lisiecki o tym jest dużo… zostało opowiedziane i napisane, można przeczytać. W każdym razie ja byłem jednym z takich chłopców, którzy trafili do Ogniska i ja trafiłem na Pragę. Przez ileś lat przychodziłem do ogniska na Pradze i była też możliwość zamieszkania w ognisku. Jak w domu było bardzo źle, u nas np. nas pięcioro, no to rzeczywiście w jednym pokoju z kuchnią, to było ciasno, już pomijam, to co tata robił… ale i tak była ciasnota, brak ciepłego obiadu itd. No i to wszystko można było mieć w ognisku i to dzięki temu to ognisko było bardzo, no, dla nas pomocne, dla tych chłopaków. Była też… powstała też z tego po wojnie, z tej przynależności do ognisk powstała też jakaś taka… więź przyjaźni, które trwały. Do dziś ja mam wielu przyjaciół z tamtego okresu. I między innymi przez rok byłem też w ognisku w Świdrze. Poza tym w Świdrze każdy przez Świder się ogniskowiec przewinął, no bo w lato były sześciotygodniowe obozy, więc my ta rodzina ogniskowa, dosłownie tak to można powiedzieć, znała się niezależnie od tego czy ktoś był w ognisku na Muranowie czy na Pradze, bo wszyscy w ciągu roku jeszcze się w lato spotykaliśmy w Świdrze. I po latach, bo wspomniała pani o tej historii, po latach tak się zdarzyło, że sobie już żonaty wybrałem się na zabawę do restauracji Ambasadorska w Świdrach Wielkich, była taka słynna restauracja i tam… cioteczna siostra mojej żony była zamężna z… z facetem, który pochodził z Karczewa, on miał dwóch braci i jeden z tych braci mieszkał właśnie w Świdrach Wielkich, no i tak się zgadaliśmy, że w karnawale pójdziemy na zabawę do tych Świdrów Wielkich do tej Ambasadorskiej, no i tam się bawimy, bawimy, ale siedzimy w takim szeregu stolików, jak w tramwaju takie przedziały czy w pociągu i środkiem, w głębi tego przejścia jakaś salka zamknięta taka, nie wiem, żółta firanka czy drzwi, w każdym razie jakaś ekstra salka, wchodzą i wychodzą z tej salki faceci i ja tak spojrzałem jednym okiem a Witek mówi: „Eee… to banda Bolka Sygi” i z takim widać było respektem, chociaż on tam mieszkał. No i… ale my tutaj sobie pijemy, alkohol, dobrze jemy, humory są, ja też tak troszkę animuszu nabrałem i tak przy barze, tak podszedłem do takiego jednego z tych co tam wchodzili-wychodzili, taki garbaty nos miał i mówię: „Ty! Ja Cię znam z Ogniska!” no i tak się zgadaliśmy, tak rzeczywiście chodziło do Ogniska. No i potem się o godzinie 3:00 nad ranem jakaś straszna draka! Ten Bolek Syga i ci jego kompani z kimś się biją, nie wiem, z Otwocka? Jakaś straszna bitwa! Ten, ten, ten mój z… którym zamieniłem słowa, ma rozbity nos, drugi tam spodnie rozerwane, no te nasze żony: „Wychodzimy! Wychodzimy! Już, już, już…!” No dobrze, no to my wstaliśmy, tam uregulowaliśmy rachunek, wychodzimy, ja idę pierwszy, za mną idą te nasze żony, ten Witek, ten z tego Otwocka, ten kuzyn. Ale z naprzeciwka idzie ten główny szef – ten Bolek. Wąski chodniczek, ja idę środkiem chodnika w jedną stronę, Bolek idzie naprzeciwko mnie, idzie naprzeciwko. No w końcu, wie Pani, ja jestem z Pragi, no… nie będę ustępował, prawda? Zwłaszcza o 3:00 rano, kiedy jak to się mówi, było wypiwszy co nie co itd. A ten Witek: „O Jezu, o Jezu…” i ten Bolek się zbliża, ja idę jak to się mówi – twardo, do przodu, a ten Witek takim szeptem głośnym mówi: „On go zabije! On go zabije!” Ten Bolek mnie zabije. No już, co się dzieje – jest półtora kroku, mamy już do siebie, on idzie Bolek prosto na mnie, ja idę na niego, z resztą taki krok nieraz był na Pradze zaczepny, że się szło na siebie i się potrącało, to była taka zaczepka żeby jak… albo ktoś ustąpił, no wtedy pokazał słabość. I tu my właśnie tak idziemy. Jak ja już mam te półtora kroku do tego Bolka, raptem patrzę mu w oczy, rękę do przodu z palcem wskazującym wysunąłem i mówię: „Nie byłeś na pogrzebie Dziadka!” Bolek na mnie spojrzał, stanął, podniósł ręce w górę, takie w górę i tak leci na mnie, tu słyszę tego Witka: „Zabije go!” … już no koniec! A ten Bolek chwycił mnie za szyję, ściągnął, taka ławeczka obok stała, na tą ławeczkę i mi zaczyna płakać: „Nie mogłem, siedziałem, siedziałem…”. Wie Pani, a ci… to nasze towarzystwo, przeszło na palcach dalej i nikt się nic nie odzywał! Ja przez miesiąc… ten Witek się nie mógł nadziwić, że facet pierwszy raz z Pragi, z Warszawy, przyjechał i największego żula tamtej okolicy słowem jakoś ujarzmił. Słowem! Żadną walką, żadnym bohaterstwem, chwytami, nic – tylko słowem! Ja nie mogę powiedzieć, że to ja zrobiłem – to zrobił Dziadek, bo to ta sława Dziadka, ta więź rodzinna, to, to powodowało, że jednak słowo: „Dziadek” przemawiało do tych, którzy coś wspólnego z Dziadkiem mieli w życiu. Tak to wyglądało.