Prowadzący: Ale on był złodziejem takim, który się włamywał po prostu, tak? To nie był [0:04 – doliniarz?]

Andrzej Przybysz: Nigdy do mieszkań, nigdy do… nie obrobił staruszki czy staruszka, tylko sklepy państwowe. Przykład – delikatesy to wtedy Świerczewskiego… Marklewskiego, tak?

P: Mhm, Jana Pawła teraz.

A.P.: A tu Solidarności teraz. I te delikatesy po prawej stronie, co na samym rogu są. Jak on tam wszedł – nie wiem.

P: A co z delikatesów można ukraść?

A.P.: Koniaki, winiaki, nie było kiełbasy a tam wędliny wszelkiej narodowości łącznie z salami jak to, nawet mu pomagałem, żeby przywieźć to, bo to był prawie osobowy samochód załadowany po sam dach. W każdym bądź razie ja podjechałem tam samochodem, który był własnością pani porucznik milicji obywatelskiej! To był fort.

P: Który to był rok mniej więcej?

A.P.: Po stanie wojennym zaraz. W każdym bądź razie stamtąd przecież trzeba było na Pragę przyjechać z tym i te kiełbasy przez szybę było widać. I za nami Nysa, patrzę, milicyjna. Mówię: „Oho, leżę”. A oni podjechali, przyhamowali, przeczytali numery z tablicy rejestracyjnej i machnęli ręką.

P: No ale chyba muszę zapytać skąd pan miał taki samochód.

A.P.: Mojego kolegi narzeczona, która była oficerem, pani porucznik, córka dygnitarza naszego, którego nie mogli ruszyć i ojciec jej kupił tego forda. A ona mnie dała, że ja wtedy zajmowałem się naprawami, to przegląd miałem zrobić. ja w ogóle to ze dwa tygodnie jeździłem tym samochodem. Na szwedzkiej była meta na parterze. Podjechaliśmy, ja przecież też po wódce, a koleżka, który ze mną był, to chciał udać trzeźwego, jak wyszedł i chciał się oprzeć o drzwi, to padł! To tak, z przodu po cywilnemu policja… milicja! Jaka policja. A z drugiej strony radiowóz zablokowali. A ja miałem zaświadczenie takie wystawione przez właścicielkę, że zezwala na korzystanie z tego pojazdu. Także jak oni przeczytali, zobaczyli jeszcze pieczątka jaka, to zasalutował i mówi: „Niech pan podniesie tego kolegę bo pan go jeszcze przejedzie”. A ci od razu na parterze trach, trach i już meta nieczynna, jak zobaczyli tych policjantów. Także miałem trochę przygody. On rozdawał, część sprzedawał za grosze. I ja później się zorientowałem, że on idzie na metę, czterogwiazdkowy koniak daje za flaszkę czystej wódki, najtańszej za tam 60 centów. Ja mówię: „Czyś ty idioto…! Zostaw mi to wszystko. Ja przynajmniej ci wymienię jeden do czterech!”. No bo on nie pił czegoś takiego, tylko czystą wódkę. I dlatego… „bebłoty nie piję”, mówił. I one były bardzo drogie te koniaki. No przecież napoleony brał też. A jak na Bródnie zrobił, sklep obrobił, to worek 50-kilogramowy pieprzu wziął! Bo, mówi, się pomylił. Wszyscy mieli pieprz na parę lat. No bo pieprz jest suchy, to jest… 50 kilo, czy więcej?

P: No tak, to się nie popsuje… Może do dziś niektórzy korzystają z tego pieprzu…