Mieczysław Gajda: A kiedyś panie się zgadały, że ja jestem suchotnikiem. Bo byłem malutki, byłem szczupły, nie rosłem długo. Suchy byłem jak patyk, sprytny – jak to, jak się mówi, jak diabełek, jak żywe srebło. No i panie siedzą, cerują, siedzą panie na tych ławkach i mówi: „Przyjrzyjcie się. Ten Mieciek to mojem zdaniem on jest suchotnik. Wszystkie dzieci zarumienione, skacze jak diabeł na prze… na trzepaku się wiesza. Dziwnym zbiegiem okoliczności trzepak był z metalowych rur. Nie wiadomo skąd się znalazł na tym podwórku. I mówi: „Mojem zdaniem on jest zagłodzony”. „Jak to zagłodzony, przecież Zuzia jest jego matką!”. „Różne są matki, kochana… Są matki, że jak cuś jest lepszego na wierzchu, to dziecko dostaje. Jak cuś jest lepszego na dnie, to dziecko dostaje. A są matki, jak coś lepszego na dnie i na wierzchu, to to same pożrą”. Mówi: „Nie podejrzewałabym Zuzię”. Bo moja mama była Zuzia. Mówi: „Nie podejrzewałam…”. „A, mówi, podejrzewałabyś, że Stasia Nowacka jest panienką prawdziwą, naturalną? Chociaż różne plotki o niej chodzą? Jest naturalną panienką. Nawet Stacho powiedział, że jej już się tam zacementowało”. Mąż, kra… ten szewc. I mówi… I mówi: „Wiecie co, kobitki? Trzeba tego Miećka dożywić. Normalnie, Zuzia idzie tam do tej Wińczukowej na Stalową pończochy robić, to wołajcie go i dajcie mu coś”. I co chwila woła: „Mieciek! Chodź no tutaj!”. No i ta ruska napoleonka, ruski piernik… Cebulka… Chleb ze smalcem… No przepych to był bułka kajzerka, piekarnia była na Stolarskiej, do dzisiaj jeszcze komin czerwony taki stoi. I Nałęczowski na Targówku miał piekarnię, ale co to było za pieczywo, że potem okoliczne piekarnie piekły i mówiły Nałęczowski. I mówi: „Masz tu słoik, leć do Ślezingera po śmietanę, tylko nie wylizuj palcami, bo dostaniesz i tak ruskie napoleonki”. No i dostawałem, „Siedź, zjedz, bo polecisz, wpadnie ci w piasek, albo ci Dudek Edek pożre”. Gwałtowny w odruchach… Inna pani za chwilę, czy tam za dwie, trzy godziny, jakaś z kolei kanapka z cebulką smażoną na potem. No i tak się najadałem, mama wraca, siada na ławeczce, mówią: „Zuzia, co ten Mieciek twój, czy on czasami nie ma suchotów?”. Mama mówi: „Byłam na Jagiellońskiej w ubezpieczalni, pan doktor Berłowicz go prześwietlał, zdrów jest. Tylko wiecie co, kobitki? On nie ma apetytu.”

Prowadzący: Czego nie ma?

M.G.: Apetytu. Kobiety się zadławiły. Mówi: „Przecież jak tylko wracam, naleję mu miskę, a to zacierkowej, a to grochówki, a to fasolówki…”. Mówi: „Siedzi, no rośnie mu to wszystko w ustach, mówi, żeby tylko na podwórze! I ja go przywiązuję za nogę do łóżka”. Tak, łóżko mieliśmy takie metalowe, z takim niklowanym tutaj gzymsem, ano przywiązywała mnie mama za nogę do łóżka, ale takim sznurem harcerskim, takim jedwabną nitką okręconym. Jak coś tam nabroiłem, nabroiłem, zaraz powiem, jak naubliżałem Głowackiej. Będę się mógł wyrazić? Ale brudem! Brudem to się wyrażę za chwilę. Za chwilę się wyrażę. I mama mówi: „Przywiązuję go do łóżka, mówię: nie wyjdziesz!”. „Ale, mówię, mamo, bawimy się w gestapo i łapiemy Żydów i rozstrzeliwujemy akowców!”. „Rozstrzelisz jutro. Nie wyjdziesz”. I mówi: „No, siedzi, płacze, łzy mu lecą do tej miski i nie może jeść”. Kobiety tylko głową pokiwały. Mama coś tam poszła do domu, mówi: „Słyszycie? Nie dość, że się znęca nad dzieciakiem i głodzi, to jeszcze jaka obłudna! A co niedziela, mówi, na sumie w kościółku na Szwedzkiej w kapliczce jest!”. Mówi: „Przecież jak mu się się da ten chleb, to żre, mało się nie udławi!”. Bo ja prędko jadłem, żeby na podwórko polecieć. W ten sposób zostałem uratowany od suchot.