This is additional content area. Learn more
Sławomir Popowski: Alpaga, czyli generalnie rzecz biorąc tanie wino. Alpagą nazywano wino patykiem pisane, to był druga nazwa, to kosztowało dwadzieścia jeden złotych. Były inne tanie wina owocowe. Było wino na przykład Złota Reneta, było wino o smaku, jakby to powiedzieć, przypalonych truskawek, czyli strawberry. To były te tanie; najlepsze, najpopularniejsze to była alpaga. To była alpaga, no jak mówię kosztowała dwadzieścia jeden złotych, ja miałem to nieszczęście, znaczy szczęście nieszczęście, że w dość młodym wieku, czyli mając tam piętnaście lat, kiedy piłem pierwszą alpagę wyglądałem dosyć poważnie w związku z czym chodziłem do sklepu i ja to kupowałem. Rzadko się zdarzało, żeby odmówili, że jestem gówniarz, rzadko się zdarzało, po prostu sprzedawali nie było większego problemu i oczywiście do jakiegoś tam rytuału męskiego w tamtym czasie należało pić alpagę. Najczęściej wyglądało w ten sposób, że na przykład jak się spotykałem z kumplami w małpim gaju – małpi gaj to jest taki placyk, skwer, koło pętli 25, siódemki, dzisiaj koło bazyliki – no to po prostu szło się do małpiego gaju odbijało się alpagę i cześć. I było parę sposobów odbijania alpagi i wtedy, bo to było wino korkowane w związku z czym nikt przy sobie korkociągu nie nosił i było parę sposobów. Można było klasycznie, można było walić pięściom, można było łokciem, można było o udo i można było jeszcze o ziemię pod odpowiednim kątem. To było te sposoby, którymi można było odbić alpagę. I ci, którzy byli bardziej tacy charakterni, bardziej cool w tamtym języku, popisywali się w jak znakomity sposób potrafią, w oryginalny, tą alpagę odbić. Po czym oczywiście piło się to z gwinta i to było na tej zasadzie, że jak się szło gdzieś tam na zabawę, czy coś tam, tam alkoholu nie było, no to dobrze było przed strzelić sobie alpagę, prawda. Szło się do tak zwanej cioci bramowskiej i w bramie albo na klatce schodowej obaliło się alpagę i szło się dalej. W okresie takich burz i naporów młodzieńczych, pamiętam, myśmy odbywali taką wycieczkę łączoną. To znaczy zaczynaliśmy od alpagi z kumplami, po czym szliśmy sobie spacerkiem ulicą Targową, następnie Zieleniecką, przez Most Poniatowskiego, Alejami Jerozolimskimi i wszędzie gdzie można było kupowaliśmy piwo i piliśmy piwo. Najtrudniejszym momentem dla nas po przejściu całego szlaku był taki bar piwny na Brackiej „Kubuś”, nie „Kubuś, nie pamiętam jak to się nazywało, już teraz wyleciała mi z głowy nazwa. Na Brackiej na wysokości centralnego domu towarowego – CDTu, a potem Domu Dziecka, bo najpierw był CDT, potem był Dom Dziecka. I tam był taki bar piwny i tam myśmy kupowali piwo straszne, straszne w tym sensie, że w gruncie rzeczy najczęściej nas wtedy już dobijał, bo to było piwo, pamiętam nazwę Maskowskoje i to było mocne piwo. Rzadko kiedy udało nam się dotrzeć do ostatniej budki, która mieściła się mniej więcej tutaj gdzie dzisiaj jest Hotel Forum. Tam była wtedy redakcja „Polityki” wtedy się mieściła i resztką tego jest to miejsce, gdzie rozstrzelano polaków, ale tam stała też ostatnia budka z piwem, przy której myśmy to pili. Ale przy okazji takich doświadczeń właśnie z picia alpagi opowiem coś z Rosji. Aleksander Galicz napisał kiedyś taką piękną piosenkę, piękną balladę po rosyjsku ona nazywa się Kak razdelit pol litra na tri’ch. Jak podzielić pół litra na trzech, czyli jak podzielić pół litra w sytuacji takiej, kiedy pijesz z goruszka, czyli z gwinta, pijesz w gruncie rzeczy po pazur, pod palec. I cała filozofia wyrażona przez Aleksandra Galicza sprowadza się do jednego – pamiętaj pij zawsze trzeci. Trzeci zawsze wypije najwięcej i jeszcze dostanie konfietkę. I musze panu powiedzieć, że ta praktyka, ta zasada sprawdzała się przy piciu alpagi z gwinta. Dlaczego? Ci którzy pili pierwsi bali się przekroczyć swoją porcję w związku z czym ten, który pił ostatni, jemu zostawało najwięcej. I to zdawało egzamin muszę panu powiedzieć. Ale ja pamiętam wtedy dość wcześnie zacząłem odwiedzać, w okresie takich burz i naporów, Hofera, winiarnie u Hofera, która mieściła się tuż koło, tam była rozlewnia win, piwnice koło kościoła karmelitów i to było cudne miejsce muszę panu powiedzieć. Tego Hofera już dawno, dawno nie ma, on później został przeniesiony na drugą stronę Krakowskiego Przedmieścia i to była taka jedna z dwóch winiarni kultowych w dawnej Warszawie albo u Fukiera, albo u Hofera. U Hofera było fajnie, bo się zbierali fajni ludzie. Ja tam zaglądałem jeszcze w szkole średniej, tam przychodził Stachura, Stachura tam popijał. Zdarzało się, że nawet dostawałem tam wino na kredyt, ale to już było lepsze wino, to był albo Riesling za trzydzieści sześć, a potem chyba pojawiła się również za trzydzieści pięć czerwona Gellala z Tunezji. I tam się popijało to wino, a potem szło spacerkiem do domu na Kawęczyńską, żeby wytrzeźwieć i żeby ojciec nie poznał, że jestem po alkoholu. Ale alpaga to należała do towarzyskiego standardu, tak bym to określił.
