Maria Kozłowska: Przy bramie głównej był, był taki pan Zdzisio, co prowadził, co on warzywa prowadził – pan Zdzisio. I Zdzisio zawsze pozwolił na, ponieważ miał rozstawione to wszystko, te beczki z kapustą, wszystko, to my towar, który miał takie lady duże, pod tą ladą jak myszki się wciskaliśmy i tam żeśmy towar sobie trzymali. Przed tego, jak krzyknęli, że czy leci Olek Czerwony, czy Gagarin, czy taki bladolicy, to my żeśmy szybko siup do Zdziśka pod ladę pochowaliśmy. On do niego nie wchodził, bo to była państwowa, duży taki stragan państwowy. Ale jemu za to też da, honorarium musieliśmy płacić za to, bo on się też narażał. No to ja w takiej sytuacji pracowałam, pracowaliśmy nieraz do godziny szóstej, siódmej wieczór, żeby zarobić na dom, a mieliśmy takiego stróża, który zamykał bramy i zawsze on: „Dokąd  to stajenie! Zamykajcie!”, on tak mówił taką gwarą: „Dokąd będziecie, to stajenie! Wychodźcie do dom!”, a my mówiliśmy: „Panie Janku, jeszcze chwilę!”. I jego niestety zamordowali. Prześladowali nas w ten sposób, że kiedy rano, proszę panią, przychodziłam do pracy, to już nasz, już tu moje koleżanki mówiły tak: „Marysia, słuchaj, uważaj, bo lata Gagarin, bo lata…Olek Czerwony”, ja to mówię tak jak było: „Uważaj, bo…”. I mógł nas nawet zamknąć za kratki. Więc ja byłam zamknięta za kratki. Ja tam handlując to można, to wtedy nas nazywali czarną owcą. Dzisiaj się nazywa kupcy, a przedtem to byli, przedtem to się nazywało handlarze. I handlowałam kapronami i ruskie przywozili z Rosji kaprony, bo wtedy nie było jeszcze rajstop, nie było, były kaprony, to się w paczkach kupowało i na pojedynczo się sprzedawało. No i między innymi, była dostawa, no tak powiem, jak to się mówi na, językiem handlowca, dostawa towaru, więc ruskie takie śmietniki żelazne stały u nas. Na tych śmietnikach żelaznych rozkładał tego, no a my jak sępy rzucaliśmy na ten towar, bo to był ciężko zdobyć jego było, więc od niego żeśmy chwytali i płacili jemu pieniążki. Więc nas, na nas naleciał właśnie ten Gagarin tak zwany, jeszcze go widzę przed oczami – taki wysoki, potężny, nie wiem dlaczego go tak nazwaliśmy „Gagarin”, a to tego nie umiem wytłumaczyć i ja nie zdążyłam od tego śmietnika odskoczyć, on mnie z tyłu zgarnął, z tym towarem, ja tego nie wzięłam z tego śmietnika, więc zawiózł mnie na… to jest komenda na…

Marek Kozłowski: Cyryla…

Maria Kozłowska: Cyryla i Metodego no i wsadził mnie do dołka. Wsadził mnie do dołka z prostytutkami, mówię całość historii. No i wsadził mnie z prostytutkami, ja byłam młoda, szczuplutka taka, miniaturka, ładnie ubrana, czyściutko, tu prostytutki przyszły z dworca wileńskiego z taką wielkim kociołem czerwonego barszczu z ziemniakami, no i w tej jednej celi ja z tymi prostytutkami. Ale w celi są takie… może to każdemu z nasz dobrze zrobi dla życia. W tej celi były takie drewniane ławki, które nie były kryte niczym, więc ja na tej ławce tak siedziałam, bałam się żeby te wszy nie obeszły od nich, bo one się tak drapały! No i, myślę sobie jak ja tak tutaj długo będę, to ja stąd wyjdę, no nie wiem, jak o, z jaką zarazą. Ale zaczęłam pukać do drzwi. Jakoś nie byłam taka tego, zaczęłam pukać do drzwi no i ten co tam ma dyżur na dołku mówi: „Czego?! Chodzi!? Czego?!!”, ja mówię: „Proszę pana, te panie są z wszami, to może pan by mi dał inną celę, żeby mnie nie obeszły wszy?”. A ja pamiętam – były u nas rekolekcje w kościele, i ja nie poszłam na te rekolekcje, bo byłam w dołku. I w tym dołku tylko modliłam się, tak w duchu. A on za jakieś godzinę dzwoni, otwiera drzwi i mówi: „Proszę, niech pani wyjdzie!”. Wyszłam na korytarz, no i nie powiem, że był taki zły dla mnie, bo kazał mi zamiatać ten korytarz, żebym z nimi tam w tej celi nie była. No i za jakiś czas jak przyszła noc, przyniósł czarną kawę i chleb, bo tak wtedy dawali, czarna kawa i chleb, i ja po prostu nie, nie jadłam, bo byłam i zdenerwowana i no i… ale on później przynosi mi koc i mówi mi tak: „Pani Kozłowska, niech pani może skorzysta z drugiej celi samotnie”. A ja mówię: „Bardzo chętnie skorzystam”, bo bałam się tych prostytutek. No to są ludzie, ja ich cenię jako ludzi ale, nie dlatego, że ja ich potępiam, ale to że, no, nie wiem, takim nieczystym, nieczysto były ubrane, nie… no to się trochę ich bałam. A później była taka historia przykra, gdzie on mi dał ten koc, i ten celę, i tak jak pani widzi, byłam piękna, młoda kobieta, zaczął do mnie przychodzić, a ja mówię: „Proszę pana, jeżeli pan mnie tutaj dał do tej celi, to mówię tak szczerze w tej chwili, to ja będę walić w tego, że pan…”, no ani nie będę mówić dalej co. No to on mówi: „To jak pani chce, to panią dam do tych prostytutek”. A ja: „To ja już wolę razem z prostytutkami razem siedzieć, jak mam z takim…”, no na tamte czasy oni z niczym,  z nikim i niczym się nie liczyli. No ale później dał mi spokój do rana. Rano dostałam od swojego męża kanapkę ze schabowym kotletem (śmiech) pamiętam… i z białym chlebem. Ale tego schabowego kotleta nie jadłam, bo wypiłam chyba troszkę tej kawy co oni tam dają, kawę taką czarną nam dali, no i na południe czy pod wieczór oni mnie zwolnili, tak. A na drugi dzień miałam sprawę. Nie wiem w którym tam, tym urzędzie sprawę. Ja nie przyznałam się do tego, bo powiedziałam: „Proszę wysokiego sądu, to nie do mnie należała”, bo myślę sobie – przyznam się do tego, to i tak i tak mi zrobią sprawę, a przecież mi tego nie oddadzą: „To nie do mnie to należało, ja stałam i przyglądałam się, a ten pan wziął, to ja nie wiem czy to…”. Wiem, że nie wiem czy mi karę dali, tego już nie pamiętam.