This is additional content area. Learn more
Maria Kozłowska: Ale powiem taką historię, powiem, przykrą, ale taką prawdziwą, najprawdziwszą, gdzie prowadziłam, który to rok był, kiedy robiły, kiedy władze robiła czarne rynki i zamykała bramy, a ja prowadziłam budkę wtedy. I… wpadli w bazar… policja to wtedy, zamknęła wszystkie bramy, ręczniak był. I prosili ręczniak, żeby z jednej, w jedną bramę i drugą wychodzili z ręczniaku. A budek nasz, właściciel w budkach na razie nie ruszali. I jak ich wypro… wszystkich wyganiali, to wtedy na bramie zabierali im wszystek towar. No i w międzyczasie przychodzi taka Czesia, na ręczniaku stała, my tam wszyscy się znaliśmy, oczywiście, wszyscy, no może nie po nazwisku, ale z widzenia wszyscy się znaliśmy. Przychodzi koło mojej budki i mówi: „Maria, ja nie przejdę przez ten bramę, bo ja upadnę na serce!”. Ja nie wiedziałam co ona ma, wiedziałam, że na ręczniaku. Czesia Kubiaczka się nazywa, możesz tego, to jest, do sprawdzenia. Ona, a ja mówię: „Czesia, wejdź, do budki. Nie wychódź.” Jaki człowiek ma pomysły! Wzięłam Justynko, kieliszek, który miałam, na taką, taką półkę, a na tej półce stały: waleriana i kieliszek. Postawiłam – nie wiem sąd ten pomysł mi przyszedł, postawiłam jej kieliszek z walerianą, mówię: „Siedź, o pierwszej otworzą bud.., te, bramy.” I siedziałam cicho jak myszka i ona, ja mówię: „Jak wejdą, to ja powiem – dla was to jest czarny rynek, dla mnie – człowiek, ona tu zemdlała, nie wiedziałam co robić, gdzie miałam kogo szukać! „Idź siedź, o pierwszej otworzą”. Tak się stało jak wypowiedziałam. A vis a vi, sąsiadka miała budkę, która zaczęła mnie straszyć, że ojejku zamkną mnie, tego. Ja mówię: „Słuchaj, to mnie zamkną a nie ciebie! Ja nie paląc papierosa wzięłam papierosa, zaczęłam palić papierosy i spaliłam dwie sukienki, taki szyfon był elegancki, granatowy, takie eleganckie miałam te sukienki. Spaliłam te sukienki, no spaliłam, a mówię: „Dam do pracowni, coś zrobią z tym”. O pierwszej tymi, tymi tubami krzyczą: „Otwieramy bramy!”. No dobra, dziękuję, „Czesia mówiłam ci. Zobacz, idź.” – ona wyszła. Poszła, kupiła taki pęk, pamiętam czerwonych ozorów, przynosi mi. Ja mówię: „Czesia, to zanieś swojej szefowej, bo ona stała u kogoś na ręczniaku i miała jeszcze szefową, to zanieś jej, a mnie to nie potrzebne jest. Ja to po prostu, z potrzeby serca to zrobiłam, ja nie chcę twoich kwiatów, ona mnie wyjmuje w tym czasie cały pęk pieniędzy, wiecie, nie wiem ile, tu miała, pieniędzy, całą furę pieniędzy, bo one wtedy bardzo dobrze handlowali na ręczniaku, takimi ciuchami handlowali z Peweksu, i to były piękne, niektóre piękne rzeczy były, do dzisiaj mam te rzeczy jeszcze z Peweksu. I one tymi rzeczami handlowali, więc oni mieli kupę, kupę kasy miała, tego towaru kupę, tu obwieszona i jakimś tam przykryta, to jak by przez tą bramę przeszła to jakie to ciężkie pieniądze by stracili. No i ona mówi, ja mówię: „Zanieś swojej Zosi”– która była jej szefową, a ja mówię: „Nie. Ja to zrobiłam to dla ciebie. Żebyś nie zemdlała i żebyś nie tego.” To były czasy okropne, bo my staliśmy tak…zeszyt! musieliśmy mieć, do wpisywania każdej sztuki sprzedanej to trzeba było wpisać w zeszyt. A ponieważ nie dało się tak, jak to się mówi, wszystko to na sztywno utrzymać, to rzeczy, które na podstawkę trzymaliśmy pod…tyskiem, jak to się mówi, gdzieś tam pod tym, tego, żeby sprzedana rzecz, już musiała być druga na wieszaku, żeby się stan zgadzał. Bo wpadli swego czasu, do mnie, bo było codziennie rewizje prawie że były, Garbinosa, później był moim przyjacielem on, ten Garbinos, między innymi. Taki miał, trochę tak, właśnie z Cyryla, on był głównym tam, i on ciągle, a to Garbinos, a to ten, a to ten, gdzieś tam w co w budce tam tego. No i wpadli, a Sierakowskiego, no i wpadli z Sierakowskiego do mnie, baba wsia…wpadła jedna, i mówi: „Poproszę książkę”. Ja mówię: „Zaraz, chwileczkę. A kto pani jest?” Ona mi tu klap tego pokazuje tego, ja mówię: „To dobra, no to niech pani tego”. A nie wiem czy pisała czy coś nie pisała, zaraz, ona sama była zdenerwowana – wypadła, wypadła, przychodzi (śmiech) za 10 minut – wszystko to pamiętam – i mówi: „Książki mi pani nie dała!”, „Bo pani nie chciała”. No i tego, i zabrała mi tą książkę, widocznie ten starszy belzebub, wysłał ją: „No dobra, a gdzie masz książkę?” – i ona dokładnie wróciła po tą książkę. No i dała mi tą książkę, ale było wszystko tego. No i „Jutro pani przyjdzie na Sierakowskiego”. Ja miałam taki długi kożuch do samej ziemi, pamiętam, poszłam na tego Sierakowskiego. Idę, modlę się, to policja – ona do dzisiaj ta jest, na Sierakowskiego. I wchodzę na pierwsze piętro, pokój miałam podany, idę, siedzi mężczyzna przy tym, „Dzień dobry”, „Dzień dobry”, „Pani Kozłowska?”, „Tak”, „Tu się pani nie zgadza, już mówię dalszą sprawę, nie zgadza się pani tutaj, sztuki się pani nie zgadzają, tego, w tym zeszycie”. Ja mówię: „Co?! Ja swój interes to mam w jednym palcu! proszę pana. Pan nie będzie mi mówił, że mnie się tu coś nie zgadza”.A ponieważ miał szufladę uchyloną i jak mu włożyłam pewną sumę pieniędzy, nie powiem ile, 30 tysięcy, nie wiem ile, zasunął i powiedział: „Dobra to jutro pani mnie powie, w którym miejscu pani miała ten błąd”, „Dobrze, to ja panu powiem, gdzie ten błąd”. Przyszłam do domu i sprawdzam to wszystko, znalazłam ten błąd. I można było właśnie, między innymi, tak nasz gnębili, że człowiek niby tak trzymał wszystkiego, jak to się mówi, jak żyta na płachcie pilnował, a zawsze. W handlu to nie ma tak, że dopiero masz tak, bo to są ruchome rzeczy to dopiero masz tak, już tak, już tak, już tak. No i on złapał ten tego, wziął te pieniądze no, ale, ale nie pokazała mu tego błędu! Przelatywał kilka razy, na za dwa trzy dni, nie wiem skąd ja miałam tyle w głowie rozumu, gdzie nie bałam się ludzi. Oczywiście, w środku się bałam, ale tak na zewnątrz udawałam, ze się nie boję, nie. I on przelatywał kilkakrotnie koło mojej budki i myślał, ze go zawołałam, pokażę ten błąd na tym tego „O, tu ci pokażę! Nie pokażę ci! Wziąłeś pieniądze?! Do widzenia”.
