Andrzej Szkarłat: Generalnie sytuacja była tego typu, że przez długi czas nie było wiadomo o co chodzi, tak. Ja się dowiedziałem od kolegi, że coś jest nie w porządku, ponieważ jego brat pracował w Instytucie Badań Jądrowych w Świerku. No i oni najpierw to w ogóle, tak przynajmniej zeznał ten jego brat, myśleli, że tam u nich się coś zepsuło, prawda, bo tam oni mieli te liczniki Geigera poobstawiane, to wszystko, no i w pewnym momencie one zaczęły, krótko mówiąc, wariować. No więc najpierw szukali tu, to, nie znaleźli niczego, to się okazało, że to źródło musi być gdzie indziej zupełnie, prawda…Nie pamiętam jak to wyglądało dokładnie. Fakt pozostaje faktem, że…był taki epizod. Ja wtedy byłem dość zajęty rzeczywiście, bo taką działalność prowadziłem dość absorbującą, więc wstawałem o świcie, a przyjeżdżałem w nocy, albo czasami za dwa dni. W związku z tym może nie byłem na bieżąco, tym niemniej jednak jak był wybuch w Czarnobylu, to pamiętam, było wystąpienie samego Jaruzelskiego wtedy. I pamiętam, że było rzeczywiście wydane zarządzenie na temat płynu Lugola. Ja tam przestudiowałem zagadnienie, się zorientowałem o co chodzi, no i jakiś sens rzeczywiście tego głęboki był. Bo tam generalnie chodziło o to, żeby, że tak powiem, tarczyca nie absorbowała radioaktywnego jodu bodajże. No i płyn Lugola miał temu służyć, że jak się przyjęło, że tak powiem, ten jod w postaci płynu Lugola, to już tarczyca nie przyjęła tego po prostu, no bo miała full. No to jest takie proste rozwiązanie, ale było rzeczywiście. Natomiast…na pewno przez jakiś chyba tydzień to dzieci nie wypuszczaliśmy na podwórko, w sumie. Natomiast z rzeczy, które ja zauważyłem, no bo ja z konieczności chodziłem, no to może nie jest taki powiedziałbym specjalnie dobry jako historia, że tak powiem (śmiech) dowód, to miałem na stopie kurzajkę. I ona po tym Czarnobylu znikła. Krótko mówiąc, że tak powiem, promieniowanie musiało pomóc. Czyli, że tak powiem, coś musiałem wziąć, że tak powiem rzeczywiście.