This is additional content area. Learn more
Janusz Kosiorek: Chodziłem na Brzeską do szkoły 73 do 3 klasy. Byłem uczniem niezłym, spokojnym i grzecznym. Ale w 4 klasie jakoś to się zaczęło, że po wojnie zaraz byli przerośnięci tacy, którzy w okupację nie mieli szkoły, no i różnie – dwa lata, trzy lata starsi. No i ci młodsi, tacy jak ja, programowo którzy poszli do szkoły, byli popychani i tak dalej. Jak to w szkole jest. Natomiast lepiej mieli ci, którzy potrafili z tymi starszymi złodziejami wejść w taki kontakt. No i ja sobie myślę, ja drobny chłopak byłem, w jakiś sposób trzeba skorzystać z tego. Więc kilka razy byłem kiedy były jakieś kradzieże, takie drobne kradzieże – to sklep, to jakieś inne sprawy, no i… to jest takie rozstawienie – ten stoi na oku, jeszcze inny, w każdej chwili kto co ma dać znać. To do tej pory chyba jest. Ale dla mnie to było nowe. No i później ta wizytacja – to każdy, który z nas był, musiał opracować swój własny plan takiej kradzieży. No i ponieważ Bozia dała mi nieco więcej zwoi, no to wymyśliłem. Na rogu Jagiellońskiej i Kępnej był skład opałowy – bardzo wysoki płot, ja wiem, ze 3,5 metra. Ciężkie, takie drewniane belki były. No i oczywiście obserwowałem najpierw bardzo długo. To był skład opałowy, przyjmował butelki, sprzedawał chemię i tak dalej. No, kantorka nie zamykał, wychodził, na taką wielką kłódkę zamykał te drzwi i szedł sobie do garmażerki na, codziennie, jak to dawniej było, tatar. No i miał tą butelkę i popijał sobie i z drugim takim łysym się spotykał, nie wiem czy kto był, i oni tam potrafili z pół godziny siedzieć. I to mi nasunęło, że można by było skoczyć do tej szuflady, w której miał pieniądze. No, obstawiłem kolegów jak on będzie wracał, no i oczywiście wrzuciliśmy piłkę – no i trzeba iść po piłkę, dzieciaki poszły. No i oczywiście poszedłem po tą piłkę, podsadzili mnie. No, tam mi było łatwo wejść po skrzynkach od alkoholu, to były kiedyś drewniane skrzynki. No i ten kantorek był otwarty, miałem worek na kapcie tylko bez kapci, tak się wtedy nosiło, no i to wszystko co było do tego worka poszło, cały jego utarg jaki miał na daną chwilę. Nic więcej nie ruszałem, także nie było żadnych śladów. I piłkę wyrzuciłem z powrotem. No i teraz jak stąd wyjdę. Oczywiście, wyszliśmy, znaczy ja wyszedłem, worek wyrzuciłem od kapci, wyglądało jak kapcie, zostali z pieskiem dwóch chłopaczków takich, którzy też jakby praktykowali jak ja no i oni mieli obserwować jak on przyjdzie. No a z pieskiem, no tak to dzieciaki wychodzą z pieskiem, jak to się dawniej mówiło, bez pomocy. No, w tej sytuacji… a my oczywiście zmyliśmy się. Każdy indywidualnie potem podchodził. Policzyliśmy tak, taka była zasada tych starszych, że pod ich opieką, ich czuliśmy, ale nie widzieliśmy. No i podział był zawsze tego, który wykonywał, czyli mój. Ja oczywiście zaproponowałem, że kobiety koszulki, spodenki w kolorach Warszawy żółto-czerwonych, trampki dla wszystkich i mieliśmy majdan. No i jeszcze trochę zostało na jakieś coś tam, ciacha, nie ciacha, lody, czy inne rzeczy. Jeszcze wtedy nie było alkoholu, bo to była 4 klasa.
Myśmy tam rozdzielili to no i pytamy się, bo przyszli ci z pieskiem, co tam było. Nic, mówią, przyszedł, otworzył tą kłódkę, wszedł, później zamknął, wywiesił kartkę „nieczynne” – ale nie robił alarmu, nie robił nic. W każdym bądź razie musiał tam długo myśleć co się stało, gdzie zniknęła zawartość szuflady. Ale to już mój domysł jest. Przyszli chłopaki z tym pieskiem, nie było alarmu, nie było nic. Status pan pyta czy się zmienił – no oczywiście! Ja byłem, od nazwiska, dali mi ksywę Kosior. No i Kosior to był już ktoś. I tam żaden przerośnięty, jakiś większy czy coś nie śmiał mnie ruszyć, bo… nie mógł mi nic zrobić, bo tam by go załatwili. To była właśnie taka arystokracja, szlachta, czy ja wiem, no. Ale to byli złodzieje. Natomiast wiedziałem którzy są wyższa kasta złodziei – doliniarze. To się mówiło – ten jest Dolina, ten, ale oni chodzili grupami, jednak nie razem, tylko oddzielnie albo szmuglowali. Co oni robili to tylko można się domyśleć jak oni to robią, chyba do dzisiaj to samo. To była wyższa. No i najwyższa to była ci, którzy włamywali się. Otwierali, nawet nie wiadomo czym, zamek. Ale to już, takich małych jak my ze szkoły, oni już nie kształcili. To już było zasłanianie się, nikt nie widział. Ale to tak dla ciekawości. No i w szkole było wszystko fajnie. Oczywiście w domu nikt nie wiedział, tylko ta grupa, która była szkolona, ale reszta nie. To było wykluczone. I tak też i my. Wakacje były fajne, graliśmy w tą piłkę, mieliśmy ten majdan, wszyscy nam zazdrościli, braliśmy udział w zawodach trampkarzy – no, to była drużyna, która miała koszulki, bo reszta to była zbieranina. No i w każdym bądź razie tak się złożyło, że przyszła zima a nie ma na czym jeździć – w sklepach nie było łyżew, a jak były to takie przykręcane do butów, trzeba było mieć fest buty takie wojskowe, albo jakieś, żeby ta zelówka się nie… no i nie ma, a ci starsi mówią wieczorem: „Możesz wyjść?”, „No mogę, dlaczego. Nie ma sprawy.”. Mamę coś okłamałem i wyszedłem z domu. Dwójkami, tak, żeśmy weszli, bo Park Skaryszewski był zamykany na noc. Ogrodzony był jeżeli starsi pamiętają mogą poświadczyć. Nie można było wejść. I chodzili dozorcy, ale na ogół chodzili tak gdzieś 2-3 godziny, a oprócz tego to poszli spać, bo był spokój. I my wtedy przeszliśmy przez dziury, siatka do góry i tego, no i poszliśmy nad jeziorko – to tam się nazywało Patelnia. No i tam trenowali łyżwiarze łyżwiarstwo szybkie i inne, sportowcy. Kobiety, mężczyźni. No i mieli taką szopę dużą, tam się przebierali, mieli swój sprzęt, zamknięte to było. Ale było okienko, które nie było używane. Było okienko – było okienko na moja miarę, bo ja byłem drobny. No i oczywiście podsadzili mnie, ale zaraz mnie ściągali – nie głową naprzód, tylko nogami! Bo głową to nie wiadomo co tam jest. No to mnie przekręcili, jakoś nogami przesadziłem głowę, no, zeskoczyłem, bo nie było wysoko. No, mówię: „No tak, nigdy więcej nie wejdę do dziury głową na przykład, bo nie wiadomo na co można spaść”. To już tak pół żartem w każdym bądź razie. W każdym bądź razie otworzyłem im te zamki, a oni jakoś tą kłódkę ucięli. Nie widziałem czym, ale jakimś tam lakiem… mieli tam narzędzie, ucięli tą kłódkę. Co ciekawsze było, że później założyli identyczną kłódkę, tylko na swój klucz, także jak ktoś przyszedł, to nie było żadnego śladu. Poza tym, że zasuwki pootwierali, już nie było z zewnątrz można było zamknąć. No i oczywiście były łyżwy – o, jak się ucieszyłem! Mieli takie ślepe latarki, cichutko to wszystko było. Wybrałem sobie takiej dziewczynie takie buty fajne, no to dostałem w ucho: „Bierz 2-3 numery większe! Bo chcesz mieć na 2-3 lata te łyżwy”. „No tak.”, „Waty sobie napchasz”. Rzeczywiście 4 lata na tych łyżwach jeździłem. No ale to człowiek uczy się od starszych. Nieważne czy to był złodziej, ale rozumiał jak tam pokierować, bo nie tylko jeśli chodzi o kradzież, ale takie życiowe sprawy. Ojciec mi zginął na początku, na koniec wojny, no to w domu kobiety były, babcia i matka, to kto mnie miał uczyć takich męskich spraw? To tam ci, u których praktykowałem. W każdym bądź razie miałem łyżwy. No oczywiście pojedynczo żeśmy jakoś wrócili, ja za bramami, bo w nocy taki bąbel jak chodził to by było podejrzane. Schowałem to za pazuchę. Znaczy schowałem wcześniej, klucze do piwnicy, zszedłem do piwnicy, schowałem to w piwnicy, do domu przyszedłem. No i później tam parę groszy dali, bo zaufali mi, bo mówię że do kupienia, no i rzekomo że te łyżwy kupiłem. Oczywiście one miały białe paski – te białe paski wilbrą powiedzieli mi ci starsi, żeby zamalować całe czarne, żeby ktoś z daleka nie poznał swoich. Oczywiście to zrobiłem – 4 lata nikt niczego nie poznał. Także miałem łyżwy. No i tam w szkole było coraz lepiej. coraz więcej poukładane. No, w domu nie było ojca, żeby przyrżnął, no to… no i tak się akurat złożyło, że tą szkołę podstawową jakoś przecierpiałem. W szkole byłem, no, pięć, tym bardziej, że zdarzyło się tak, że na lekcji było zastępstwo, chyba w piątek zdaje się, i przyszedł od wuefu nauczyciel i tam zrobił nam kwadraciki, jakieś równania – nie chciało mi się, to było tam z 3 klasy. I mówię, to było chyba z 3 klasy, czy coś. „Ja już nie pamiętam”. Specjalnie chciałem go zdenerwować. „Ale ja pamiętam!”. No to ja mówię: „Pewnie, pan 2 lata w tej klasie siedział!”. Oczywiście, dostałem karę, poleciałem na ścianę, ale matka moja mówiła: „Nie daj się bić! Nie ma ojca, to oddaj – kto by to nie był i zaraz do domu przyjdź”. No i jak usiadł tak za tym stołem, powierzyłem koledze teczkę i wyszedłem do niego, i dałem mu w nos. On był zaskoczony, a ja w drzwi i do matki. I mówię, że mnie pobił i że mu oddałem. Matka natychmiast zostawiła co było na kuchni, tam wyłączyła i do szkoły. Awanturę zrobiła straszną! Ja oczywiście musiałem na zewnątrz, ale wszystko słyszałem. No i tego nauczyciela wyrzucili ze szkoły. Za to, bo… on nie tylko mnie bił, bo byli też inni rodzice, bo on w karcach bił te dzieci. No to w szkole już byłem kimś, do końca. No, także to jeszcze mi się przypomniało jeśli chodzi o szkołę. No ale później trochę przyszedł czas na dziewczyny, bo ten czas już taki jak się kończy szkołę, te 14 lat, to takie końskie zaloty, jakieś tam krzyki i trenowały na młodszym boisku przy Stadionie 10-lecia lekkoatletki i lekkoatleci, a myśmy sobie tam sobie często chodzili, jakieś wino patykiem pisane, czy coś tego. Patrzyliśmy no i podrywaliśmy te dziewczyny. Oczywiście tak można to powiedzieć, ale żeśmy śmieli się do tych dziewczyn. A zresztą, one były zadowolone, że są w kręgu zainteresowań. Dziewczyny zawsze są! Mówią, chociaż udają, że nie. no i tak akurat wyszło, że trener wtedy przyszedł do nas. „Kurczę, zaraz nas wyrzuci!”. A on mówi: „Jak mi się pić chce! Nie chce mi się iść do szatni… dajcie mi tego łyka”. Nie wiem czy wypił, czy udał, ale potem: „ Jakie to niedobre”, mówi. „Przyjdźcie! My mamy bankiety po zawodach, przyjdźcie na trening”. No i 4 nas przyszło do klubu. Dał nam dresy, trampki, taki ekwipunek. Dwóch wzięło to i nigdy nie przyszło. Boże, jak mi było wstyd – tu kradłem łyżwy, a tu mnie było wstyd za nich. Coś tam się, nie wiem, we mnie przemianowało. To było okropne. No, dwóch nas zostało. Oczywiście wtedy był Zadobry, Krzyszkowiak, takie długodystansowce, ale gdzie ja chciałem być tak długodystansowcem. Trener nie pozwalał, ale puścił mnie na 3 kilometry, myślałem, że zdechnę. Mówi, to zaczynaj najpierw od krótkich bieg…
Ci koledzy też z Brzeskiej: „Co ty tutaj trenujesz?” Śmiechy. A ja mówię: „No co trenujesz?”, „Przecież co ty, ty nic…” no, założymy się. Dobrze, zdejmij kolce, tylko w trampkach, albo boso i przebiegniemy, zaraz ci pokażemy jak to się biegać powinno. Oczywiście wystartowaliśmy, o zakład jakiś. No przebiegłem 50 metrów, stanąłem i mówię: „Chodźcie, chodźcie!” I później na mecie znów. No nie, to już było takie zdeklasowanie. I zobaczyli, że ja rzeczywiście potrafię. Uuu, to już był autorytet. Ale nie jako tam kradzieże, jakieś coś, tylko to był sportowiec. A sportowcy tak jak mieszkali… tam Podobas, który brał udział w Wyścigu Pokoju, czy coś, no to ja już byłem kimś, ale zupełnie innym. No i powiedzmy do tego doszło, że po tych kradzieżach, to po prostu… wstyd mi było jak gdzieś ktoś koło mnie coś robił. To ja odchodziłem, bo przecież kapować nie można, no na Brzeskiej tam się zawsze w zaparte do prokuratora, do kierownika i do partnerki. Ale nie wiem, do dzisiaj nikomu bym nie wziął nic, jakoś to, ja nie wiem, odwrotny skutek miało to, co oni ze mną robili.
