Zdzisław Świerczewski: Niech mnie pani posłucha. W roku 1935. O, pani jeszcze dawno nie było, a ja juz miałem siedem lat. Jako siedmioletnie dziecko ujrzałem księdza Stefana w szkole podstawowej nr 192 na Pradze, na ul. Otwockiej, w której on był katechetą, a ja uczniem pierwszego oddziału. Pozostał nim aż do roku 1942, kiedy to ukończyłem tę szkołę powszechną. Dziwnym zrządzeniem losu uczył mnie także religii na tajnych kompletach, a także po wojnie, w naszej szkole, do 1946, już legalnej i w naszym liceum im. Króla Władysława IV na Pradze. A więc długa to była znajomość ucznia z nauczycielem. Ucznia, który w tym czasie przekształcił się w pełnym tego słowa znaczeniu z siedmioletniego dziecka w osiemnastoletniego młodzieńca. Gdy miałem dziesięć lat, byłem dzieckiem niezwykle religijnym. Nie dziwota więc, że ksiądz katecheta był dla mnie najwyższym autorytetem i przewodnikiem. Za jego namową przystępowałem do spowiedzi i komunii świętej w każdy piątek przez ileś tam miesięcy, by uzyskać należny odpust dający nagrodę w postaci skrócenia pobytu w czyśćcu, przed pójściem do nieba. Ja w to głęboko wierzyłem. Ksiądz Blezień był człowiekiem nieco otyłym. Jego brzuch się wyraźnie rysował na sutannie. Ks. Blezień był człowiekiem, jak powiedziałem otyłym, ale z charakteru raczej łagodnym, ale w niektórych sprawach, szczególnie wiary, ostry i zasadniczy. Wobec niepokornych uczniów stosował oryginalną karę tzw. „orzechy”. Było to wiercenie zgiętym, skazującym palcem głowy ucznia. Mnie to nie spotykało, bo byłem uczniem dobrym i na lekcjach religii grzecznym. W trzeciej klasie tajnych kompletów, a był to już rok – 1944, lekcje religii odbywały sie w podziemiach Bazyliki Serca Jezusowego przy ulicy Kawęczyńskiej. Chodziliśmy tam i my, nasza czwórka – kolegów, przyjaciół jeszcze ze szkoły powszechnej. Tworzyliśmy zwartą, nieformalną grupę, która zajmowała się, poza szkołą, dyskusjami na interesujące ją tematy. Zajmowaliśmy się polską literaturą, szczególnie Żeromskim i Boyem-Żeleńskim, wojną i zagadnieniami światopoglądowymi. Co się stanie z Polską w obliczu nawały bolszewickiej i dlaczego są ludzie, co nie wierzą w Boga lub wątpią? Oto niektóre z pytań nas nurtujących. Przygotowanie do dyskusji realizowaliśmy głównie przez czytanie książek tematycznych z nią związanych. Mnie przypadło kiedyś zreferowanie książki pod tytułem: „Dzieje stosunku wiary do rozumu” Johna Williama Drapera. Pożyczyłem tą książkę z biblioteki i tak byłem w niej rozczytany, że czyniłem to również na lekcji religii. Pamiętam tę salę w podziemiach bazyliki, gdzie odbywała się lekcja, wyposażoną w szkolne ławki. A w rogu sali stał piec kaflowy, chyba żółtego koloru. Pamiętam ten piec. To on odegrał swoją rolę w moich kontaktach z ks. Blezieniem. Zajęty bez reszty książką nie dostrzegłem księdza, który zaszedł mnie od tyłu. Usłyszałem jego głos: „A pokaż no, co ty tam czytasz” ? Wepchnąwszy w pulpit książkę próbowałem się bronić wykrętnymi słowy. Ksiądz Blezień dobył książkę spod ławki i zapoznawszy sie z tytułem, cisnął ją potem, właśnie w piec. Książka się rozleciała, tym łatwiej, że była mocno sfatygowana. A ja wstawszy bez słowa, pozbierałem jej szczątki i trzasnąwszy drzwiami opuściłem salę. Postanowiłem więcej na religię nie przychodzić. Dyrektor Usarek, który również miał z nami zajęcia, zalecił mnie przeproszenie księdza. Nie uczyniłem tego. Nie wiem jaki byłby finał tej historii, gdyby no właśnie…Gdyby nie pewna propozycja starszego kolegi, abyśmy wstąpili w szeregi AK. Zgodziło się nas trzech. Było to w kwietniu 1944 roku. Przysięga wojskowa odbywała się w mieszkaniu przy ulicy Łochowskiej. Czekaliśmy na księdza kapelana. Byłem zupełnie zaskoczony, gdy w drzwiach pojawił się ksiądz Blezień, ale byłem też pełen obaw jego reakcji na mój widok. Przysięgę przyjął bez komentarzy. Wspominam o tym fakcie również dlatego, że w biogramie, w drugim tomie monografii szkoły, nie ma informacji o udziale księdza w jego ruchu oporu. W sierpniu 1944 roku zostałem deportowany do Niemiec. Powróciłem w październiku 1945. Zameldowałem sie u dyrektora Usarka i zostałem skierowany do czwartej klasy gimnazjalnej. Zbliżała się duża przerwa, którą wykorzystałem na przywitanie sie z tymi profesorami, którzy uczyli mnie na tajnych kompletach. Wspominałem o tym w innym opowiadaniu. Księdza Blezienia pominąłem. Nazajutrz była lekcja religii. Pojawił się ksiądz Stefan Blezień i rozpoczął lekcję od słów: „Mówią, że powrócił z Niemiec Zdzisio Świerczewski”. „Tak” odrzekł ktoś z kolegów, „Siedzi tam, przy piecyku”. W szkole nie było pieców, a centralnego jeszcze nie odremontowano. „Przybliż się do mnie chłopcze” rzekł ksiądz. Podszedłem. Ten objąwszy mnie i przytuliwszy do serca, powiedział: „Mam do Ciebie żal. Przyszedłeś do wielu nauczycieli, o tym się mówi w pokoju nauczycielskim, by się z nimi przywitać, a do mnie nie przyszedłeś. A ja się za Ciebie tak modliłem”. Są słowa, które pamięta się mgliście, raczej ich barwę niż treść i takie, które pamięta się wiernie. Ksiądz Blezień miał wówczas 44 lata, a przed sobą jeszcze 15 lat życia.
I posłowie: nie wiem tak do końca czy ksiądz Stefan rzeczywiście poświęcił w intencji mojego powrotu słowa modlitwy, ale znając jego tyle lat, powinienem być pewny, że mógł mieć na tyle pojemne serce, by znaleźć w nim też miejsce i dla ucznia, który na pewnej lekcji religii zajmował się studiowaniem dziejów stosunku wiary do rozumu, a więc książki ateistycznej. Dlatego też, te wspomnienia poświęciłem jego postaci. A tak w ogóle, to myślę, że należałoby uwzględnić tę postać w Muzeum o historii Pragi, bo on położył wielkie zasługi w organizacji tajnego szkolnictwa, on był kapelanem, on ryzykował życie, więc może tylko dodam, że jeszcze nie dawno w jednym z antykwariatów w Warszawie można było kupić książkę „Dzieje stosunku wiary do rozumu”, która to książka po raz pierwszy została wydana w 1874 roku. Dotrwała do czasów dzisiejszych. Kosztowała 98 zł, polskich, na dzisiejsze czasy. Dziękuję.