Zofia Wencel: Co jeszcze było takiego na Pradze. Na Pradze było pełno wielbicieli. Teraz to może jest normalne, ale jeszcze za czasów mojej takiej, no trochę późniejszej młodości, to jakoś tak nie zaczepiało się młodych kobiet na ulicy. Kiedy tam pracowałam, to blisko były ciuchy, blisko był bazar, a praca polegała wtedy na tym, że raz była, raz jej nie było. Jak była, to myśmy nawet z uczciwości wracali, byli skłonni zostać trochę i porobić to bo już trudno, jest robota, to.. Ale dlaczego – dlatego że jak jej nie było to wolno było wyjść, pójść sobie gdzie człowiek chciał do kina czy na bazar, jaki dyżurny zostawał tej pracy, a reszta się rozlatywała po mieście. No więc my oczywiście też. Jedna z koleżanek była bardzo piękną dziewczyną – wysoką, długonogą blondynką. Przyjemnie było z nią iść ulicami, dlatego że… komentarze leciały prawie bez przerwy „Ty, ale dupa!”, „Ty, ale sraka!”, ona się okropnie bała, a ja jej zawsze mówiłam: „Jadziu, nie przejmuj się, przecież to są tylko wyrazy uznania. Jak potrafią tak je wyrażają”.
No słodką rzeczą na pewno były ciuchy i bazar. Bazar to było w ogóle coś! Boże, jak ja to wspomnę… to było cudo. Tam było wszystko. A do tego wszystkiego tam były… ojej, tam były te baby z pyzami, z garnkami, z jakimiś zupami, które zresztą można było kupić na miejscu. Wcale nie… nie wiem, czy one tam podlegały jakiejkolwiek kontroli higienicznej, bardzo w to wątpię, ale to i tak było higieniczne. Te garnki były nakryte takimi czystymi, białymi szmateczkami. Jeżeli coś było w koszyczku to też było tak ładnie wyłożone. Jak to było robione nie wiem, ale wyglądało doskonale i smakowało doskonale. Pamiętam baby, właśnie chyba te od sprzedawania tego, tych produktów żywnościowych. Pamiętam kiedy już było zimno, może to był koniec listopada, może grudzień, baby podchodziły do rynsztoka, trochę unosiły spódnice i siusiały z góry na dół! Para szła. To był tam normalny obrazek wtedy.