Krystyna Gorecka-Wencel: Tak. Pracowaliśmy chyba z dwa czy trzy lata na Tarchomińskiej, to była… no taka właśnie kamienica praska z trzech stron otoczona ponurym i pozbawionym przez wojnę tynku murem, z czwartej było jakieś podwóreczko, jakieś tam dachy, jakieś garaże czy coś takiego. Myśmy pracowali na parterze. Więc tam było w zasadzie ciemno, choć oko wykol cały czas trzeba było palić światło. W tej kamienicy to nie bardzo wiem co się działo, mojej. Natomiast dookoła działy się rzeczy dziwne i ja się tam czułam trochę jak z jakichś ballad Grzesiuka, bo tam ludzie jakoś inaczej… no na przykład – na tej mojej Tarchomińskiej, ja nie mówię, że ktoś kogoś o dziewczynę zadźgał nożem, bo to było dwa razy – przez ten krótki czas, myśmy tam pracowali dwa czy trzy lata. Ale na przykład z miłości jakiś facet rzucił się z czwartego piętra na podwórko na łeb. To to o takich rzeczach tu już się nie słyszało. Tu to znaczy w Warszawie.. no jakiejś takiej czystej, wytynkowanej, odbudowanej, gdzie wiadomo, że każdy gdzieś pracuje swoje osiem godzin.
Był taki okres, że związek nadzielał swoich malarzy pracowniami odzyskanymi z jakichś nie wiadomo czego. I nasz kolega malarz, Grześ [nazwisko nieczytelne] dostał pracownię na rogu właśnie tej Tarchomińskiej i Radzymińskiej. To był stary dom, wchodziło się w bramę przy w kamienicy i nie wiem czy od razu z tej bramy, czy dalej w podwórku był ten dom, bo już tego nie pamiętam, w każdym razie był tu jakiś stary dom z drewnianymi, podgniłymi stropami, tak że już ludzi stamtąd powywalali gdzieś do jakichś nowych mieszkań, no i przed rozbiórką jakiś czas mogły tam być te pracownie. I myśmy tam u tego kolegi robili chałtury dla Społem, ale nie za pensję, tylko na zlecenie. Dziwne rzeczy się tam działy. Pamiętam też jak… a na dole w tym domu, gdzie Grześ miał pracownię była kawiarnia…Była to okropna nora, obdymiona na żółto, ciasna i ponura. I na ogół tam nikogo nie było. Nie wiem z czego ta kawiarnia żyła. No z pensji oczywiście żyły kelnerki. Ale potem tam był telewizor. I pamiętam… „Człowiek na księżycu”, to wtedy ona się zapełniła! Ależ tam przyszło ludzi. Nie wiem kto to oni byli – sąsiedzi, mieszkańcy. Była zapchana na gęsto. Wszyscy się wpatrywali w ten telewizor.