Maria Tryczyńska.: Czytałam wszystko!

Prowadzący: Jaka literatura?

M.T.: Pamiętam jedną rzecz: chodziłam do, już do zmartwychwstanek, do pierwszej gimnazjalnej – to była szkoła krawiecka oczywiście – i pamiętam jak przylatywałam do domu, zresztą wcześniej to samo było, rzucałam się na swoje łóżko i Trylogia, Trylogia, Trylogia.

Dariusz Tryczyński: Ale to w okupacji.

M.T.: W czasie okupacji.

D.T.: W okupacji, a pan pyta o międzywojenne.

M.T: Trylogia w takich małych zeszytach była wydawana. Ja nigdy później nie widziałam tego wydawnictwa.

P: No to musiało bardzo mieć dużo odcinków.

M.T.: Bardzo dużo tego było. Cienkie i dużo ich było. I to mnie tak pochłaniało, że ja nawet na podwórko nie leciałam, na ten trzepak, na tą piłkę, tylko myślałam, żeby dalej czytać Trylogię. Ja trylogię zresztą trzy razy czytałam. A ponieważ mój ojciec był bibliofilem, więc właściwie wszystko, co było. No nie pozwalał mi tylko na przykład takich książek jak „Dzieje papiestwa”. Straszne.

P: A u Pana co mogło być pierwszą taką lekturą?

D.T.: Amicisa „Serce”.

M.T.: Tak, „Serce” Amicisa.

P: A „Winnetou” na przykład?

M.T.: „Winnetou”, tak, tak!

D.T.: Oczywiście, tak.

D.T.:  No te… To wszystkie te…

M.T.: Nie, to wszystkie te, tak…

D.T.: Te wszystkie indiańskie te.

D.T.: … Juliusza Verne, Umiński, taki to, też dobry, no i, czy ja wiem…

M.T.: Człowiek… Ja raczej, raczej mam w pamięci treść właśnie…

D.T.: Dużo się czytało!

M.T.: …a nie autora. Dużo się czytało! Ale myśmy sami czytali dużo wcześnie!

D.T.: Sami, sami.

M.T.: …wcześnie, bo jakoś tak było, że człowiek wcześniej dosyć zaczął czytać.

M. T.: Jak to było? Ten…

P: „Koziołek-Matołek”?

M.T.: Tak. Więc..

D.T.: Fiki-Miki.

M.T.: Makuszyńskiego mieliśmy…

P: Ach, no tak! Przecież to już było w międzywojniu, prawda?

D.T.: Tak, był, tak, oczywiście.

M.T.: Tak, tak. Ja, jak się nauczyłam czytać, to była pierwsza-druga klasa, szłam do biblioteki w szkole – ciekawe, bo pamiętam jedyny okres, kiedy chodziłam do biblioteki – siadałam przy stoliku i czytałam „Koziołka-Matołka” z zapałem.

D.T.: Poza tym byłe takie książeczki, pamiętam, grube i w błyszczącej, twardej oprawie…

M.T: Tak, pamiętam też.

D.T.: …i to takie, na każdej stronie obrazek z takimi chmurkami właśnie i ewentualnie opisy krótkie, na to, co pod obrazkiem – ale piękne obrazki…takie normalne obrazki, nie żadne bohomazy…i to były dotyczące sierżant King z królewskiej konnej. Tak, takie było… To było tuż przed wojną.

P.: Ale to chyba było tłumaczenie…

D.T.: To tłumaczenie.

P.: …anglojęzyczne…

D.T:  To nie było polskie.

P: …z anglojęzycznej literatury?

D.T.: Tak, i dlatego ten sierżant King.

M.T.: Darek, a te…

D.T.: Ale ten sierżant King… Jego fantastyczne opowieści były, właśnie z Dzikiego Zachodu.

M.T.: …a te książki przyszłościowe, fantastyczne, te, które nasza przyszłość już…

D.T.: Lema czy kogoś?

M.T.: Ta, tak, tak, tak, Lema. No ale to już później.

D.T.: W każdym razie ja…

M.T.: Dużo żeśmy czytali.

D.T.: Nawet to było w takich kioskach. Na rogu Emilii Plater był kiosk Ruchu, tam można było kupić to wydawnictwo. Nie wiem tytułu tego, ale właśnie głównym bohaterem był ten sierżant King, który był taki wspaniałomyślny, dobry, szlachetny!