Ryszard Osiński: Miałem kolegę w swoim wieku, to lata ’80 on tak zarabiał na składakach, bo przecież składak Polonez to by jeszcze lepiej ceniony jak normalny, fabryczny, był o wiele lepszy, bardziej tak solidny i woleli składaka kupić jak tego, bo wiedzieli, że na taśmie to bah, bah wszystko raz raz, aby szybciej. No ładne pieniądze chłopaki zarabiali. To było można. Każdy dał się przekupić. Normalnie był wszędzie straż przemysłowa przekupywana tego, każdy kto wjeżdżał to i dostał, no… ze straży przemysłowej dostał parę, trzy i wszystko kierowcy wywozili z magazynu, części tego a później chłopaki składali na zewnątrz gdzieś sobie w garażach, gdzieś tego. I ten co wwoził i wywoził zarobił, straż przemysłowa i ten co składał, też mu się opłacało.

Prowadzący: Benzynę pewno też w ten sposób wywozili.

R.O.: O Jezu, gdzie nie wlazłeś jakiś byle jaki małpi gaj, czy wnęka czy tego, tylko patrzysz, że a już rurka włożona: „A TFU! Ale się napiłem… a tfu, tfu!”, bo benzyny niechcący, bo to trzeba ciągnąć, zassać…

P: Zassać.

R.O.: …żeby to nieraz za bardzo się pomylić i tego, i nieraz tam łyka trochę, no nie połknie, ale do gęby… ale gdzie nie wejdziesz – małpi gaj każdy, z żuka, z nysy, czy ze stara, czy z większych samochodów. Ale wtenczas te lata ’70 – który jeździł na wywrotce, czy gdzieś na żuku, czy nysie, wszędzie na łebka czy coś przewieźć, mebelek – ludzie całkiem inaczej, lepiej zarabiali. Byle jaki kierowca tego, milicja wtenczas nie łapała, to naprawdę ludzie… nie było jeden drugiego mordował, tylko tak się rozliczył że i kierownik tam po cichu…

P: Wszyscy byli zadowoleni, tak?

R.O.: Tak. No przeważnie. Bo tak każdy w danym zakładzie co pracował – Wedel, czy w FSO, czy w jakiejś danej branży słodyczy, czy co, każdy coś tam coś tam sobie po cichu – tak, tu pod pachę, tu tego, czy… nawet jak pamiętam lata ’80 czy kolegów mama czy w barze robiła, czy w restauracji, czy co, to tak tyle żarcia, zup, obiadów przynosiła, że ona już w domu nie musiała gotować. I to kierownik wiedział o tym. Ale to najlepsze jeszcze było – pamiętam jak też dobrze zarabiali na głupim lodach Bambino. Tu kiedyś jak Struga-Wołomin jeździła wąskotorowa ciuchajka taka, mniejsza jak od tej ciuchci ta, od tego parowozu, taka mniejsza i ona za Pustelnik jechała, za Strugę, to dosłownie no troszkę tam o parę lat ode mnie starsi kupowali tu na Ząbkowskiej w barze na patyku te lody Bambino, brali tą białą skrzynię taką zamalowywali, pisali na niebiesko „lody”, z takim dekierkiem, wziął trochę z baru tego lodu kostki tych grubych takich lodu, takie było zapotrzebowanie na lody, bo tak to przecież kiedyś nie było. A jeszcze jak w pociągu każdemu się pić chciało na trasie. Przejechał dosłownie w tą i z powrotem i dosłownie na dwa dni mu tak na wódkę starczyło tymi lodami.