This is additional content area. Learn more
Urodziłam się w Warszawie 13 maja 1928 roku w klinice na, na, na Karowej. Mama była w domu, prowadziła gospodarstwo, była bardzo dobrą gospodynią, doskonale gotowała, a z zawodu była (będąc panną jeszcze), to była hafciarką, taką no, teraz powiedziałabym chyba taką artystyczną. Wtedy po prostu hafciarka i haftowała, to była pracownia na Nowym Świecie. To znaczy ja tych czasów nie pamiętam, tylko z opowiadania matki. Były takie pracownie, kobiety miały te halki takie, haftowane jakieś tam bluzki, suknie. Matka haftowała moja rzeczy kościelne, ten wystrój kościelnych rzeczy, te ornaty, stuły, chorągwie. Podobno na Placu Trzech Krzyży, po wojnie jeszcze, podobno ocalały, ocalał baldachim, taki haftowany przez moją matkę. Tata był mechanikiem takim samochodowym, no w ogóle mechanikiem takim metalowym, że tak powiem.
Tata? A gdzie pracował? W jakim zakładzie?
Pracował w warsztatach komunikacyjnych, no MZK to się nazywała wtedy, to nie wiem, za mała byłam. Wiem, że w autobusach pracował, mówił.
Bardzo mnie ciekawi ten… Jak on wyglądał? Czy była nie wiem, czy czuła się Pani tam bezpiecznie na przykład?
Czułam się bardzo bezpiecznie, bardzo, bardzo dobrze, bardzo, bardzo przyjemną dzielnicą był… Miałam tam koleżanki, no szkołę powszechną skończyłam w czterdziestym którym to roku? Chyba w czterdziestym drugim, czy, czy… na Grochowskiej w takim prywatnym budynku, bo szkołę na Boremlowskiej, zaraz to był budynek tuż przedwojenny i chyba na drugim, chyba w czterdziestym drugim, czy w czterdziestym od razu… zresztą od początku chyba Niemcy zajęli, zajęli budynek i cały czas tam Niemcy do końca wojny byli, byli Niemcy jeszcze. Po wojnie nie było papierosów przecież, to oczywiste. Ja z cioteczną siostrą taką chodziłyśmy po ten tytoń w cudzysłowie, do Wilanowa, po liście rabarbarowe, to były tak specjalnie jakoś tam preparowane, suszone, tak… i preparowane. Wychodziłyśmy tak z kuzynką no i taką paczkę 10-kilogramową, do… na rano żeśmy przynosiły, kupowałyśmy tam i wracałyśmy z powrotem, no pieszo oczywiście, nie było komunikacji. No, do Warszawy tutaj takie, na takie punkty, gdzie, gdzie przetwarzali, przetwarzali te-te liście, kroili odpowiednio i tam, co, co, nie wiem co oni, to więcej tam nie było pieniędzy, trzeba było się z czegoś utrzymać, nas dwie było, z mamą. Więc właśnie robiłyśmy te… matka robiła te papierosy, a ja układałam do tych takich stu, 100-sztukowych takich, takich pudełeczek i odnosiłam taki, na tam punkt, gdzie, gdzie tam to dawali nam sto złotych za to. Tysiąc tych papierosów trzeba było zrobić, odnieść i dawali od ręki pieniądze i z tego żyłyśmy, bo nie było ojca w czterdziestym czwartym roku. Ojciec poszedł do Warszawy 1 sierpnia z moim bratem, na powstanie. Już ojciec nie wrócił, no a brat potem był we Włoszech, tam się ożenił, wrócił do Warszawy… W każdym razie byłyśmy… byłyśmy z matką tylko, nie było z czego żyć, nie było pieniędzy. Więc się robiło z matką te, te papierosy. Bardzo wiele osób to, to robiło, a do mnie należało… matka robiła te papierosy, te tysiąc dziennie, a ja musiałam je tam poprzycinać, ładnie poukładać w tych pudełeczkach, zanieść i przynieść następną partię. I przynieść sto złotych.
