This is additional content area. Learn more
UWAGA: Ten epizod możesz także znaleźć na naszym kanale na YT
Alina Matuszewska: Ale na przykład Panu powiem, jak wyglądało przejście przez Aleje Jerozolimskie. No wie Pan, jakie są Aleje Jerozolimskie, no ulica jak ulica, dosyć szeroka, ale nie taka znów straszna. I na początku powstania nie było tam, bo potem był taki, no po prostu, i mnie posłali do, właśnie z tego PKO, na drugą stronę Alei. I to wyglądało wtedy w ten sposób, że tu stała grupa powstańców z jednej strony, to było zdaje się dwadzieścia trzy, a tutaj z drugiej strony, i trzeba było przebiec przez tą ulicę. I ja wbiegłam na ulicę i zaplątałam się w jakieś druty od tramwaju. I po mnie przejechała jedna seria, potem druga, ale nie, bo to był ostrzał od strony Banku Gospodarstwa Krajowego. Ale mnie nie trafili. Potem poleciały świece takie, takie jakby, co się zapala, to Niemcy puszczali, to się zapalało i oświetlało wszystko. I też myśmy tak oświetlili. No i potem, jak to zgasło, to doleciałam.
Prowadzący: A jaka to była pora? To był wieczór, noc?
A.M.: To był…..już ciemno było. I wtedy, wtedy to mógł być dziewiąty, ósmy sierpnia, nie, może nawet jeszcze wcześniej, bo potem tam był zrobiony taki tunel, taki, nie tunel, ale taki rów, który jednak trochę, bo Niemcy byli w Banku Gospodarstwa i oni z góry widzieli cały ten ten. Ale ja, ja potem byłam na Mokotowskiej i tam załatwiłam, co tam miałam, co mi kazali załatwić. I spotkałam siostrę naszego, bo ja po tej szkole ogrodniczej to na komplety chodziłam do Platerówny. I taki profesor Szub, matematyk, który był sparaliżowany, myśmy lekcje matematyki mieli u niego w domu. I on mieszkał róg Koszykowej i Mokotowskiej. I jak ja znalazłam się na tej Mokotowskiej, to spotkałam siostrę tego profesora. I stałam z nią i rozmawiam, a wtedy spadła bomba i ten dom się zawalił na naszych oczach, razem z tym profesorem! Także, to wie Pan, to były różne, najróżniejsze takie…. ale właśnie. I potem, jak wracałam, bo to jeszcze ciągle nie było tego przekopu, to było tak, że był taki ogonek i stali tam ci, którzy mieli przebiec przez tą ulicę. I za mną stała jakaś dziewczyna. I ona mnie odepchnęła i wyleciałam na tą jezdnię i ją trafili. I ona leży, nogi jej urwało, bucha krew. I ja wtedy dostałam takiego ataku strachu. No bo właściwie mnie się to należało; gdyby ona mnie nie odepchnęła, to oni by mnie. Ja pamiętam, trzy godziny siedziałam, no ale po trzech godzinach w końcu się, no i wróciłam, nic się nie stało.
P: Trzy godziny Pani nie mogła się ruszyć z miejsca?
A.M.: Tak, bo się bałam. Nie, nie to, że mnie, tylko po prostu atak strachu strasznego. Od Śniadeckich, między naszym domem a Śniadeckich było takie duże, duże niezabudowane, tam jakieś rosły drzewa i tak dalej. I ja szłam do domu i … leżał chłopak, który miał rozpruty brzuch, cały zakrwawiony. I ja…tak jego jakoś złapałam i zaczęłam mu te flaki wsadzać w ten brzuch. Ale to, wie Pan, krew buchała, to wszystko, i ten chłopiec, i tak mówił do mnie: „Mamusiu, mamusiu, nie gniewaj się na mnie, nie gniewaj się”. I ja pamiętam, że ja tak mówię: „Dobrze, dobrze….”. No i nie wiem, ile to czasu trwało. W każdym razie ja, on umarł. Ja go zostawiłam i przyszłam do domu, znaczy, ojciec mi otworzył drzwi, a ja cała zakrwawiona. Ja dostałam takiego ataku histerii. Ojciec mnie tak złapał, trzymał mnie tak. I potem pamiętam, że mnie wsadzili do wanny, gdzie ojciec przynosił. I potem to chłopcy, bo to jeszcze powstańcy w naszym domu w czasie powstania byli… wsadzili mnie do wanny z zimną wodą, taką wodę do picia. I mama, pamiętam, gąbką myła z tej krwi tego chłopaka. Wie Pan, wie Pan, ale jeżeli wziąć pod uwagę, że dziewczyna siedemnastoletnia, to były straszne przeżycia, prawda? A potem też tam miałam drugi taki wypadek, też tragiczny. Byłam na Śniadeckich. I jakieś było bombardowanie. I dom się zawalił. I w gruzach, ja akurat tamtędy przebiegałam, i w gruzach leżał chłopak, pamiętam, taki blondyn, miał takie włosy. I miał nogę przywaloną taką wielką bryłą betonu. I ludzie, nie można było tego ruszyć. A on ciągle mówił: „Ja chcę żyć, ratujcie mnie” i tak dalej. I ta noga, więc ja w pewnym momencie doszłam do wniosku, że właściwie tę nogę trzeba mu obciąć, bo inaczej on umrze. I tu ludzie stoją, dorośli ludzie i taka gówniara jak ja. I ja mówię: „Ktoś ma nóż?”. Jakiś pan miał taką finkę, taką harcerską. I ja pamiętam, obcięłam tą nogę, bo ona była zmiażdżona, więc to nie było… No i od razu ludzie go wzięli na nosze i zanieśli, tam było w szkole „Przyszłość” na Śniadeckich, był szpital. I wie pan, ja do tej pory. Dla lekarza to żadne nic obciąć, ale to takie niby nic, ale to jest właściwie straszne, prawda?
P: No wyjątkowy czas wymaga wyjątkowych zachowań zupełnie. Czyli Pani była taką osobą, ja widzę, bardzo odważną, taką brawurową nawet.
A.M.: Wie Pan, to było coś takiego, że myśmy nie mieli poczucia misji, myśmy nie mieli poczucia, że to jest jak, tylko że to trzeba, że to… To było coś takiego zupełnie niespotykanego, że ta cała młodzież właściwie, bo to właściwie było powstanie głównie młodzieży.
