This is additional content area. Learn more
Elżbieta Magner: Być może, że przez to, że moi rodzice, mimo wszystko byli trochę odizolowani od pewnego środowiska, że… być może…cieszyli się jakimś respektem, mimo wszystko, to…. te, ten półświatek, jak gdyby, no byliśmy od tego troszkę od tego odizolowani jednak. Raz tylko był taki incydent, kiedy mój ojciec już nie miał tej restauracji i poszedł to tej Rybackiej vis a vis, bo tak musiał se setke, że tak powiem, tradycyjnie strzelić – to była jego rozrywka pod koniec dnia, kiedy on musiał na tą setkę iść i się umówił z jakimś swoim znajomym, który kiedyś widocznie był jego jakimś dostawcą może towaru może, jak ta lokal był, restauracja. I ojciec już nie miał swojej, więc się umówił z nim w tej restauracji tam, u tego… w tej Rybackiej. I ten przyjechał do Warszawy, żeby tu w Warszawie zrobić jakieś pieniądze, miał jakieś zakupy zrobić w Warszawie, sporą gotówką przyjechał, spod Warszawy. No i oczywiście siedzieli przy stole, tam ojciec tam go gościł, wypili sobie trochę, jak się żegnali to ten znajomy, wstaje, chce się ubrać, patrzy, teczka w której były pieniądze – nie ma tej teczki. No i mówi do ojca: „Stachu!” – spanikowany no, mówi: „Okradli mnie” – mówi, „Ja tu miałem gotówkę, bo miałem jakiś towar kupić, ale nie ma!”. Mój ojciec mówi: „Oj chyba coś ci się wydaje”, „Nie no nie ma! No zginęło mnie, nie ma!”. Ojciec mówi: „Stary! Jesteś zdenerwowany, idź tam do toalety, wiesz, uspokój się trochę i tego”. Ten w szoku, poleciał tam, ojciec do tego w tej knajpie mówi: „No jak to, w mojej knajpie, mojego kumpla okradliście!?”, „A nie to przepraszam”- szybko teczka się znalazła, ten postawił trochę z boku, ten facet wrócił taki odświeżył się, bo taki zdenerwowany. Ojciec mówi: „No jak to, no zobacz, no popatrz, musi być ta twoja teczka!” „A jest jest! Przepraszam. Jest jest”. Tam były te zasady. Czyli miał kontakt z tym światem przestępczym, ale o tym się nie mówiło, nie wymieniało nazwisk, nie wskazywało palcem. Ale jak była taka sytuacja to, jak to się mówi, wszystko było załatwione elegancko.
Prowadzący: Przywołał do porządku. Przywołał tą zasadę, prawda, którą on…
E.M.: Tak, I jeszcze się: „Jak to, to mojego gościa, tak potraktowaliście?!”, „A nie, to przepraszam cię bardzo. przepraszam” – teczka się znalazła. Także to była taka lokalna zasada, że swoich się nie dało skrzywdzić, po prostu. Aczkolwiek kradzieże były….chociaż mieszkaliśmy na parterze, potem już jak ojciec miał samochód, Warszawę mięliśmy to wyjeżdżaliśmy se na cały dzień na jakiś tam spacer, to lufcik na parterze był otwarty, mieszkania nie trzeba było zamykać, nie było obawy, że zostaniemy okradzeni.
P: No właśnie, ale troszkę porozmawiajmy jeszcze o tym półświatku właśnie, bo to mnie szalenie interesuje. No bo, tak jak się spodziewałem, no pani go zauważała i on gdzieś był…
E.M.: No był!
P:…ocierał się, że tak powiem, o panią, czy pani o ten półświatek.
E.M.: Najlepszy dowód, że przeżyliśmy raz taki incydent, że siedzieliśmy z rodziną przy stole, to była, to było jakieś święto, nie wiem czy to była Wielkanoc czy jakieś święto, no i w pewnym momencie potwory hałas, kopnięcie w wywalone drzwi wejściowe, wpada milicja, cała grupa milicjantów, pozakrywane twarze z jakimiś krustymi takimi…karabinkami, ja się na tym nie znam, wpadają do domu, otaczają nas dookoła, my całą rodziną siedzimy przy stole, no i konsternacja. Otoczeni jesteśmy tą milicją, my tu stół zastawiony i pamiętam, że my wszyscy tak patrzymy a moja mama mówi: „A może się panowie poczęstujecie?” – mówi. I oni tacy zmieszani, popatrzyli, popatrzyli, zobaczyli dzieci siedziały przy stole i tego, „A to przepraszamy, to chyba pomyłka”. Okazało się, że…. w następnej bramie, w mieszkaniu też na dole, była taka grupa, takich na których oni polowali, których mieli aresztować, no pomylili…
P: Adresy.
E.M.: Adresy, tak.
P: A który to był rok, mniej więcej?
E.M.: No to już było ’56, ’57, tak gdzieś tak.
