Sławomir Popowski: Słyszałem jak mówili o tym dorośli, a w pewnym sensie nawet obserwowałem. Zaraz opowiem to. Mianowicie były różne w cudzysłowie panienki. Tuż po wojnie podobno najtańsze były tzw. „gruzinki” które dawały w gruzach. W moich czasach kiedy ja byłem dzieckiem to słyszałem o „dworcówkach” czyli panienkach które łapały klientów na dworcu. One czasami przenosiły się pod hotel kolejowy na Pradze na Targowej. Hotel kolejowy o ile pamiętam był tuż przed ul. Marcinkowskiego. Oczywiście można było skorzystać z pomocy panienek tych jeśli się trafiło w odpowiedni obszar, na odpowiednią melinę itd., też; ale – i tu już moja obserwacja- mianowicie jako „kajtki” myśmy chodzili podglądać kochające się pary i prostytutki pracujące na ul. Krowiej. Ul. Krowia to była taka uliczka właściwie w połowie porośnięta jakimiś tam krzakami, łopianami, itd. , portem praskim i murami rzeźni. I wiem że jak był dzień wypłaty to tam był duży ruch i myśmy z kumplami chodzili właśnie popatrzeć i podglądać co się dzieje i jak to robią. Ja nie powiem że uczestniczyłem w tym bo to pewnie byłaby konfabulacja, ale było coś takiego że jak się dało piątkę albo dychę to panienka mogła pokazać to co się chciało zobaczyć. I to było trochę tak jak w „Osiem i pół” Felliniego.