Pani Irena Błotko: Mój tata był kolejarzem, jak miał wolne w niedzielę, zawsze zabierał nas na Bielany. Szliśmy na Pelcowiznę, tam łódki były, wsiadaliśmy my, dzieciaki: ja i moje siostra, rybacy i piaskarze przewozili. Najpierw jak wyszliśmy z tej łódki, szliśmy na lody. Były smaki: śmietankowy, czekoladowy i truskawkowy. Lody i wata cukrowa. Moja mama bardzo dobrze gotowała. Tata zabierał w koszyczki, nam dawał [ jedzenie]. Tam były tańce, zjeżdżalnie takie, karuzela, zawsze z tatem siadałam. To było prawie nad Wisłą, ta karuzela. Ten lasek chyba jest jeszcze. Orkiestra grała na trąbkach, ludzie tańczyli. To było takie podwyższenie z desek, ogrodzone. A jak się nie zmieścili, to na trawie tańczyli, było bardzo wesoło. Ludzie się bardzo szanowali wtedy, wszyscy się znali- wspólnota. Ja mieszkałam na Bródnie, róg Białołęckiej i Majowej, to jeden drugiego szanował i pomagał. Jeszcze przed samą wojną byłam na Bielanach. Pamiętam, też że tam statkiem płynęliśmy, 23 czerwca, na wianki.