This is additional content area. Learn more
Elżbieta Magner: Mimo że była mała, to pamiętam te opowieści, co się działo w domu, jak wojsko wkraczało na tereny Pragi.
Prowadzący: Wojsko…?
E.M.: Radzieckie. I ta też euforia, że są, żeby ratować powstanie. Wszyscy Prażanie widzieli w nich wybawicieli po prostu. Także ci żołnierze byli przyjmowani jak bohaterowie, zwłaszcza że tam wśród nich było wielu Polaków, którzy chcieli się do Polski dostać z tą armią radziecką. Oczywiście widok tych ludzi był makabryczny zupełnie, bo ci ludzie byli… z nogami pozawijanymi w jakieś tam onuce, smaty. To nie byli ludzie… wojsko, eleganckie wojsko, tak jak to się wyobraża, że… to było po prostu… to byli biedni, zmaltretowani ludzie, głodni przede wszystkim potwornie! Także bardzo często było tak, że NKWD-iści pilnowali tych domów, lokali, bo ci… bali się, że ci ludzie, tacy wygłodzeni, rzucą się, że zaczną rabować, że zaczną po prostu się jakoś tam… także NKWD było okrutne, jeśli chodzi o… pilnowało, oczywiście, że była dyscyplina, żeby nie dochodziło do rabunków, do grabieży. Za najmniejszą jakąś tam grabież, czy coś, to bardzo surowo karali, tak.
P: Była Pani świadkiem takiej sytuacji?
E.M.: Tak, byłam właśnie świadkiem tego, jak podejrzewali żołnierza, który został nakarmiony przez ojca, bo ojciec, no, nie mógł patrzeć, jak przychodził taki biedny, głodny żołnierz. To zawsze mu tam, jakąś mu tam kanapkę, jakieś jedzenie. I w tym momencie do lokalu wpadł NKWD-ista i zobaczył, że ten człowiek coś je, trzyma te… Mimo że… protesty ojca, że że to nie była kradzież, że on nie ukradł, tylko on został poczęstowany, że on… że tata mu dał to… wyciągnął broń, strzelił, zabił go na miejscu, przy ludziach, przy tym… Także rozprawiali się z tymi ludźmi potwornie, okrutnie; aczkolwiek obawiam się, że gdyby nie było tej dyscypliny, to też nie wiadomo, czy nie dochodziłoby do jakichś takich rzeczywiście rozbojów i… tych… Ale też jak… bywało, że jak zostali nakarmieni, to potem się odwdzięczali, bo potrafili przynieść, na przykład, worek soli, czy tam, jakiś tam, z tych, z tych magazynów swoich. Ja na przykład – chyba to była wdzięczność za to, że im się pomagało – to dostałam małego pieska, jakiegoś takiego. I to był mój pierwszy pies w życiu, którego dostałam (śmiech) od żołnierzy rosyjskich, radzieckich!
P: Jak widzę po Pani mieszkaniu – nie ostatni!
E.M.: O nie, potem już psy były całe życie, do dzisiaj.
P: Czyli pierwszy piesek był otrzymany od żołnierza Armii Czerwonej?
E.M.: Od żołnierza Armii Czerwonej, tak. Także rozpacz była potem, jak się dowiedzieliśmy, że nie idą na ratunek Warszawie. Ci żołnierze płakali, naprawdę. Oni naprawdę, ci prości żołnierze, szli z takim przekonaniem i taką wiarą, że oni chcą Warszawie pomóc, naprawdę. A po tym, jak się dowiedzieli, że się muszą wycofywać, że… że nie będą… to rozpacz była straszna. Były przypadki takie, że niektórzy chcieli zostać, chcieli po prostu… chowali się po domach u jakichś dziewczyn, u jakichś znajomych, chcieli się jakoś… tu zatrzymać, żeby nie musieli… no ale, no… też jeśli któregoś takiego nakryło NKWD, no to, to była masakra. Także powiem szczerze, że jak pomnik skasowali, jak zlikwidowali ten postument, tych „czterech śpiących”, to… zrobiło mi się przykro, naprawdę. Bo, to nawet nie to, że Stalin i Rosja, oczywiście, no, postąpiła, no, jak postąpiła: okrutnie. Ale u tych żołnierzy prostych tego tego nie było. Oni naprawdę… oni chcieli… chcieli temu powstaniu, tej Warszawie pomóc. Oczywiście ja może to trochę gloryfikuję, dlatego że wszystko, co w dzieciństwie się dzieje, to człowiek trochę przekolorowuje, prawda? Tym niemniej klimat i nastroje wśród znajomych, w rodzinie, wśród sąsiadów, były takie jak mówię – nie było wrogości, tylko wprost przeciwnie, było dużo takiej… takiej sympatii, tak.
P: Mhm, to bardzo ciekawe, to co Pani powiedziała. Dość niepospolite, bym powiedział.
