Zdzisław Świerczewski: No dobrze, a dlaczego Bajbus nie lubił powstania warszawskiego? Bo tak to powiedziałem na początku mojej opowieści. Jeśli żeście się nie znudzili i pani się jeszcze nie znudziła, to opowiem dlaczego Bajbus nie lubił powstania warszawskiego. Był 29, a może 30 lipca 1944 roku. Wujek z ciotką wzięli Bajbusa i pojechali w odwiedziny do córki na ulicę Żelazną. I nie zdążyli już wrócić, bo 1-go sierpnia, a był to wtorek, jak wiadomo, wybuchło powstanie warszawskie. A 2-go sierpnia, nie później, powstańcy z oddziału „Chrobry II” postanowili zaatakować Nordwache, która jak wspominałem była na tej ulicy Żelaznej pod 75-tym. Bunkier o którym wspominałem i karabiny maszynowe w oknach i granaty nie dawały żadnych szans powstańcom. Powstańcy postanowili, wszystko to mówię na podstawie historii z powstania, którą znam, powstańcy postanowili zrobić wyłom w ścianie, który łączył te dwa budynki i stamtąd zaatakować Niemców. Chcieli to czynić też z mieszkania mojej siostry. Powstańcy zalecili mieszkańcom, nie wiem czy wszystkim, no w każdym bądź razie tym, którzy sąsiadowali z Niemcami, aby opuścili dom, ponieważ może być, że zaczną się walki w tych mieszkaniach. A ten atak zakończył się zwycięsko dla powstańców, o tym też mówią kroniki z powstania. A moje wujostwo wraz z córką i Bajbusem przenieśli się do swych przyjaciół na ul. Szpitalną w Śródmieściu. Drugiego sierpnia nie było już żadnej łączności między Pragą, a Warszawą, więc nic nie wiedziałem co się z nimi stało, co się stało z Bajbusem. Dni powoli mijały, tylko coraz większe dymy pożarów nad Warszawą się przesuwały i coraz częściej widać było Stukasy – to są niemieckie samoloty pikujące i zrzucające bomby, a każda bomba to nowa śmierć, a my na Pradze byliśmy bezsilni. Powstanie praskie, jak wiadomo, trwało tylko dwa dni. 10-go sierpnia rano, skoro świt nastał, usłyszałem jakiś stukot, uderzenie w drzwi i klamka się ruszała. Ki czort, pomyślałem, zanim otworzyłem. W drzwiach, kto? Stał Bajbus. Oniemiałem. On się rzucił na mnie jakby z płaczem. Był w strasznym stanie. Sierść kudłata, nadpalona w wielu miejscach, jak to u pudli. On zmęczony, słaniał się na nogach, ale nie mógł mi nic opowiedzieć. Głaskałem jego kudły i zobaczyłem, że w kudłach, na skórze wiele białego piasku. Obroży nie miał. Zrozumiałem. Szedł przez płonącą Warszawę, ale pewnie był na tyle mądry, żeby nie iść mostem, bo na moście, opanowanym przez Niemców, by go zastrzelili, więc przepłynął Wisłę. A potem jak każdy pies, który pływa w rzece, wyszedł na brzeg i tarzał sie w piasku. A co się stało z rodziną? O tym też nie mówił. Może zginęli? To było wielce prawdopodobne. Bo przecież nie dopuszczałem myśli, że pozostawił swych opiekunów, chociaż tymczasowych, ale jednak. Tak dobrnęliśmy do 25-go sierpnia 1944 roku, w tym dniu, jak wiadomo, wszyscy mężczyźni od 16-go roku życia do 60-tego musieli opuścić Targówek Fabryczny, bo zostali deportowani drogą przez obóz w Pruszkowie – Durchgangslager czyli obóz przejściowy, gdzie do dzisiaj pewnie wisi na murach taki napis: „Tędy przeszła Warszawa”, więc i my z Targówka tamtędy żeśmy przeszli. Psów nie wolno było brać ze sobą. Bajbusa odprowadziłem do ciotki na ul. Klementowicką na Targówku, a sam udałem się w podróż nieznaną pod niemieckimi karabinami. Nie było mnie 14 miesięcy. Wróciłem na Targówek i wtedy dowiedziałem się o tej części życia Bajbusa, której przedtem znać nie mogłem. A więc z nim, siostra moja wraz z rodzicami i Bajbusem opuścili ul. Żelazną i udali się tam, na tą Szpitalną i przebywali tam u tych swoich znajomych do kiedy była przerwa w gwałtach, to Bajbus zaczął piszczeć, że musi wyjść za swoją potrzebą, bo Bajbus był jeszcze psem dobrze wychowanym do tego. Nie załatwiał swoich potrzeb tam gdzie przebywał, mieszkał. Gdy wyszli na zewnątrz, a tu już relacja mojego wuja, Bajbus popatrzył na wuja i ruszył biegiem do przodu. Nie pomogły żadne wołania. Bajbus zniknął i tyle go widzieli. A pewnie nazajutrz to ja go zobaczyłem przed drzwiami na Targówku. A teraz, 25 sierpnia znów się musiałem z nim pożegnać. Gdy wróciłem, jak już wyżej wspomniałem po 14 miesiącach do Polski, to ciotka ta z Klementowickiej opowiadała mi, że Bajbus sypiał u niej w domu w nocy, a rano po śniadaniu zaczynał swój bieg. Na początku nie wiedzieli dokąd on biega, bo wieczorem znów wracał. Jadł kolację, spał, śniadanie i dalej do biegu. Potem się dowiedzieli, że Bajbus w każdy dzień biegał z ul. Klementowickiej na ul. Księcia Ziemowita nr 10, tam siadał przed mieszkaniem i czekał. Tak to trwało kilka miesięcy. Takim był Bajbus. Bajbus zmarł, bo przecież nie zdechł, w wieku 14 lat, a więc według miary ludzkiej w wieku prawie 100 lat, więc dożył sędziwego wieku, czego i wam żeście tak cierpliwie wysłuchali tej opowieści z całego serca życzę.