This is additional content area. Learn more
Zbigniew Rymarz: Takie owoce od kartofelków, takie zielone kulki. No i kiedyś dostaliśmy trochę tych kulek. Ktoś tam przechodził i kolega rzucił, trafił w pośladek. Ktoś się złapał za to miejsce i biegiem zaczął uciekać, tak jakby kulą dostał. Ojciec nas obsztorcował, zabawę, ale w pewnym momencie jakoś się rozczmuchał, wziął garść tego, rzucił na dół, a przechodzili Niemcy! Myśmy uciekli, zaczęli grozić, ale przeszło, obyło się bez… przed wojną z kolei służąca na balkonie czyściła, jak przy tapczanie są, wałki były. Czyściła taki wałek szczotką ryżową, jakoś tak się oparła, że ta szczotka poleciała z trzeciego piętra i łysego faceta, łysemu facetowi na głowę. To samo – ona uciekła, a sąsiedzi mówią, że wygrażał. Z kolei kiedyś myśmy, jak to było, żeśmy na balkonie, koleżanki i koledzy byli, jedli ogórki. I przechodziła… czy ciotka, czy starsza siostra, która dopiero wyszła od fryzjera. I ktoś tam… a te ogórki były w jakimś takim czymś, w naczyniu, gdzie był sok z ogórków: „Nie dam!”, jakoś przechyliła i ten cały sos poleciał na głowę tej kuzynki, która wyszła prosto od fryzjera. No więc działy się różne rzeczy. Mieliśmy, na przykład przed wojną był krawiec pan Nalał. Nie wiem komu, kto, komu to wpadło na myśl, ale telefon: „Dzień dobry, czy pan Nalał?”, „Tak”, „To niech pan wytrze”. I zaczęły się różne warianty tego. No więc on już przestał odbierać, tylko żona: „Dzień dobry, czy jest pan Nalał?”, „A kto mówi?”, „Klientka”, to prosiła go i był dalszy ciąg. Potem był pan Zając. To też. Dzwoniliśmy do pana Zająca: „Pif paf! Uwaga nagonka!”, i takie różne te. W czasie okupacji z kolei był system ostrzegania o łapankach. Mówiło się o pogodzie: „Piękna słoneczna pogoda, ciepło, niech dzieci nie wychodzą, bo strasznie leje”. Mama coś tam powiedziała, a ta osoba, która dzwoni: „No słuchaj u nas na Żoliborzu strasznie łapią”. I to były te takie utajone rozmowy, gdzie się sypało wszystko. Ale po prostu też, no w czasie okupacji trzeba było normalnie żyć.
