Marek Kozłowski: To już było chyba za obecnych czasów, czyli już po ’89 roku. Kolega mówi: „Idź sobie pooglądaj tych, co grają w Trzy Miasta. No to rzeczywiście, to, to, niesamowite wrażenie, wie pani. Oczywiście, wszyscy znamy historię z Jak rozpętałem II Wojnę Światową, ale ja stojąc tam tak właśnie z ciekawości naliczyłem kilkanaście profesji tych oszustów. Jeden oczywiście grał, drugi udawał klienta, który podchodził, że: „Ooo, proszę, niech pan zobaczy, wygrał!”, jakaś obstawa kręcąca się dookoła, taki miał, jeszcze inny miał taką funkcję, że było tak – przy mnie jakaś kobieta przegrała jakieś duże pieniądze, może i na futro, czy na samochód, przyjechała z prowincji, zaczęło ją to wciągać i było tak, że ona przegrała jakieś kilkanaście tysięcy tak jakby na obecne pieniądze, duże pieniądze, i zanim, zanim doszła do siebie po tej przegranej, to podszedł jakiś facet, postawił… pieniądze i mówi: „To ja stawiam te pieniądze, proszę to, co ta pani przegrała”. I ten… bo myśmy znaleźli nazwę jak tam było w tych opowieściach?

Maria Kozłowska: Bencle?

Marek Kozłowski: Bencle, a ja pamiętam nazwę benklarze, benklarz. I w którymś momencie ten benklarz postawił te pieniądze, które ona przegrała i natychmiast przegrał. Ten facet się zmył. Trwało to może minutę: „Ale niech pan mi odda te pieniądze, bo mąż mnie zabije!”, „Ale widzi pani! Przecież przegrałem przed chwilą!”, a tamten facet to był taki sam z ich ekipy. A historia, o którą, o której to się mówi o finansiście jest taka. Taka znajoma mojej mamy, no bo panie bazarowe jeździły sobie, odpoczywały jak wszyscy. Miały sporo pieniędzy, więc i na jakieś rejsy wtedy za PRL-u to była taka… duża atrakcja, rejs Batorym, nie taki dokądś, tylko wycieczkowy. I na takim rejsie ta mamy znajoma mówi: „Wiesz, poznałam takiego fajnego, mówił, że się zajmuje finansami”, i kiedyś przechodził po bazarze, ona mówi: „Co ty! Przecież to jest szef benklarzy”. Czyli szef tych wszystkich, wie pani, co grali w Trzy Miasta, bo w którymś momencie to się rozrosło do jakiejś mafii! Do jakiejś takiej zorganizowanej grupy. On tam siedział pewnie w barze jakimś na Brzeskiej i tylko mu przynosili jego asystenci jakieś tam informacje, albo zdobyte kolejne pieniądze. To było obrzydliwe, bo oni obrabiali ludzi do czysta, do zera, bez żadnych skrupułów. A moja historia – jak tam poszedłem sobie poobserwować skończyła się tak, że tak z 10 minut sobie popatrzyłem, no to oni oczywiście mnie nie ruszali, bo mogłem być potencjalnym klientem. Ale jak tak już dłużej to trwało, to: „No, młody, ja stawiam tu 100 złotych, a ty co?”, a ja: „Nie, ja dziękuję”. I natychmiast się zmyłem i o to chodziło, bo oni nie życzyli sobie zbyt, ach, kto ja jestem, a może jestem z milicji, albo skąd ten. No tak.

Aaa, jeszcze o oszustach cinkciarzach. Może pani wie skądś się wzięło słowo cinkciarz? Bo ja jestem pewien, że z Pragi skądś. Mówiło się, że ktoś stoi na cinku, czyli że handluje walutą. Chcieliśmy tam kiedyś wymienić jakieś dolary już w obecnych czasach, no i kolega mówił: „Tu w tych wszystkich kantorach mają taki zły kurs, pojedziemy na Wiatrak”. No i się mało źle nie skończyło, bo pan cinkciarz zrobił taki numer: „Proszę przeliczyć”, kurs był dobry, liczy, liczy, liczy, ktoś przechodzi: „Słuchaj, bo tam idzie ktoś”. No to on to schował. „Przeliczył pan?”, „Tak”. Schował, zawinął gumką i schował do kieszeni. No przechodzi znowu: „Nie, już jest w porządku”. No to on mu oddaje te pieniądze z tą gumką: „No dobra, to już wszystko” bierze pieniądze i chce odejść. A ten: „Chwileczkę”, zdjął tą gumkę, a tam w środku były gazety, a nie pieniądze. No to jest klasyczny numer takich oszustów. No bo skądś oni mieli taki pomysł, że ta przygotowana waluta jest zawinięta gumką. I on, jak że niby przechodził tajniak, czy coś, to on chował to do kieszeni, a już było przeliczone wcześniej. Bo oni to robili tak w specyficznym momencie. Ten klient, już wszystko jest dogadane, cena, jego pieniądze przeliczone, moje przeliczone, tylko przechodzi tajniak to na chwilę trzeba schować. A obok była – takie samo zawiniątko, tylko z zewnątrz był banknot dolarowy, a w środku gazety. Byli przygotowani na takie numery. I o mało nie padliśmy ofiarą takiego czegoś. No ale my znaliśmy te numery, więc nie udało się.