This is additional content area. Learn more
Jolanta Werner-Mirecka: Proszę pani, jeśli chodzi o wybór Jana Pawła II, to już wtedy prawie każdy miał telewizor.To…, że zmarł poprzedni papież i zebrało się konklawe, bardzo ludzi w Polsce interesowało, ale i ludzie interesowali się tym jako społeczeństwo katolickie. To było 16 października. Moja mama miała na imię Jadwiga i właśnie 16 przyszli tacy spóźnieni goście. No ale mama, jak u nas się normalnie w ogóle nigdy telewizora nie włączało przy gościach, to mama tym razem poprosiła: „Słuchajcie, będą wiadomości z Rzymu, pozwolicie że włączymy telewizor”. A goście odpowiedzieli: „Ależ tak, tak! Chcieliśmy was o to prosić”. I siedzimy sobie przy stole: „Biały dym! Biały dym!”, „O! kogo wybrali?”. I pada, że… właśnie nazwisko, że imię, przybrał imię Jan Paweł II, że jest z Wadowic, no wszystkie te rzeczy. Więc chociaż to był październik, połowa października i na dobrą sprawę okna były zamknięte, to usłyszeliśmy ogólny wrzask. Ludzie krzyczeli. Po prostu krzyczeli. Myśmy też wypadli zza tego stołu, wybiegli na klatkę – sąsiedzi, wszyscy: „Słuchajcie, mamy naszego papieża! Wojtyła! Wojtyła! Tak, Wojtyła! O! Wojtyła!”. A mama mówi z taką pewną dumą: „A Jola chodziła na wykłady Wojtyły”. To była prawda, bo ja studiowałam na KUL-u i tam właśnie wykłady pozaobowiązkowe prowadził Wojtyła, ale usłyszałam, że nie były dla mnie obowiązkowe te wykłady, że on jest tak wspaniałym wykładowcą, że chodziłam tam na te wykłady jako taki zwany „wolny słuchacz”. I za każdym razem jak przychodziłam, chociaż blis… chociaż trochę bliżej godziny wykładowej, to już prawie nigdy nie miałam miejsca siedzącego innego niż na parapecie albo na podłodze. Po prostu studentów przychodziło mrowie. Na te jego wykłady. I tylko właśnie, jak mówię, część tych którzy mieli to jako wykłady obowiązkowe, ale część właśnie tylko jako wolni słuchacze przychodzili. I potrafił zawsze tak mówić, że najtrudniejsze sprawy stawały się najprostsze, a proste sprawy okazywały się wcale nie są takie proste. On… bardzo… odpowiadał mi jako wykładowca intelektualnie, ponieważ on nie zamulał mi mózgu, tylko pobudzał mnie do myślenia. Wszystkich tak, zresztą na wszystkich tak działał. Nie było nikogo, kto by na jego wykładzie kiedykolwiek przysypiał, prawda. Zawsze byliśmy bardzo zainteresowani tym co mówił, a co najważniejsze po wykładzie można go było zatrzymać i jeszcze zapytać o rozmaite kwestie – przy wszystkich, albo jak już tak się szykował do wyjścia. Bardzo rzadko odmawiał, już musiał się naprawdę bardzo spieszyć, żeby odmówił rozmowy. Ale tak to prawie zawsze przedłużał te swoje spotkania z nami, miał dla nas czas. „No, Jola! Jaki on jest? Jaki on jest?!”, no to ja tam opowiedziałam co mogłam o tym jego uśmiechu, o tych jego oczach takich, które jak patrzyły na rozmówcę, to go naprawdę widziały. I wróciliśmy do mieszkania i po prostu nie mogliśmy wrócić do tego stołu, tylko tak cały czas żeśmy się przekrzykiwali, przekrzykiwali i taki jakiś taki niepokój, nie… nie niepokój, można powiedzieć, takie podniecenie dawało się wyczuć, wibrowało wokół nas. Takie mieliśmy wrażenie, że w zasadzie nie było nikogo, kogo by to nie obeszło, nie obchodziło, prawda, że wszyscy bardzo zareagowali tak emocjonalnie. Bardzo emocjonalnie. No, a potem, już to właśnie jak wyszedł i powiedział: „Do was, a potem do nas”, prawda, bo to do Włochów mówił, te jego przemówienia, potem no to też było bardzo przejmujące, ta cała taka oprawa wielka, tak jak to się działo przecież w dawnych wiekach – ci kardynałowie, te wnętrza, te tłumy tam i tak dalej, i tak dalej. To było takie bardzo osobiste przy tym, mimo że takie bardzo klasycznie kościelne i taka wielka ceremonia, o, ale traktowaliśmy to wszyscy jakoś tak bardzo osobiście. Mam wrażenie, że to była główna, główny temat rozmów we wszystkich tramwajach i autobusach następnego dnia. W każdym bądź razie zupełnie nieznajomi ludzie zatrzymywali się na ulicy i rozmawiali między sobą.
