This is additional content area. Learn more
UWAGA! Ten epizod możesz również znaleźć na naszym kanale na YT
Halina Cieszkowska: Już w czasie okupacji, to już wiedziałam że dużo mogę, że już nie jestem taką zwierzyną, na którą się poluje, że mogę coś tym Niemcom jednak zrobić. Przenosiłam meldunki, przenosiłam jakieś rozkazy. Broń to tylko raz, czy coś takiego – przeważnie nie. Przenosiłam przede wszystkim, kolportowałam, biuletyn informacyjny. Dostawałam ogromne pliki biuletynów i bezpośrednio z drukarni, brałam z drukarni. Każdy z tych właśnie… z tych łączniczek, każda łączniczek miała jakieś swoje miejsca, gdzie to przenosiła. Ja też miałam takich 5 czy ileś takich miejsc, gdzie przenosiłam te meldunki. Po jakiś 2 latach znalazłam kontakt – bo to kontakt to był bardzo trudny, bo jak konspiracja to konspiracja! Złapałam kontakt na tajne studia i poszłam na studia i byłam na Uniwersytecie. Najpierw były wykłady gdzieś u różnych profesorów albo u różnych ludzi, min. u pana Wańkowicza w domeczku na ulicy… tej… Dziennikarskiej czy innej… tu na Żoliborzu w kierunku Wisły… Z tym, że on już… wtedy go nie było, była jego żona i była Krysia, która potem zginęła w Powstaniu, a on już był internowany i był z tą swoją Tili – z tą swoją córką – gdzieś tam w Szwajcarii czy gdzieś. I to jest opisane u Wańkowicza, ostatnie strony „Ziela na kraterze” to jest opis właśnie tego, tych tajnych kompletów, które się działy w jego domu. Przyjeżdżał profesor Kotarbiński i inni… No i tam się spotykaliśmy.
Prowadzący: Ale proszę mi powiedzieć – nigdy nie została Pani złapana na tym kolportażu?
H.C.: Nie zostałam, chociaż raz właściwie zostałam. Ale było to… ale skończyło się wszystko dobrze. Jechałam z koleżanką, z taką właśnie… Renią Micałkiewicz, ona potem też była w moim plutonie łączności, naturalnie cały czas byłyśmy potem razem też, w czasie Powstania też razem… i ona miała swoją, swoją plikę jakiś tych rzeczy i ja też. Ona miała jakiś koszyk na tym miała nałożone tam wszystko – jakieś owoce i jakieś jarzyny, prawda, a pod spodem były te rulony zwinięte, tylko ja już nie pamiętam co ja miałam, ale też miałam w czymś… i ona mówi: „Wiesz co, mama nas zaprasza, zrobiła jakieś placki… ‘’ – wtedy już była to taka straszna frajda, bo to na oleju – nie oleju, ale jakieś tam placki, już nie pamiętam, racuszki czy jakieś inne… „Wiesz, jeszcze mamy trochę czasu, to wstąpimy do mamy, podjedziemy na Narbutta, bo teraz na Narbutta chodzę do KARTY”. No i właśnie pojechałyśmy tam na te racuszki i potem stamtąd jechałyśmy tramwajem. Jechałyśmy tramwajem, z tym, że tramwaj, którym teraz jeżdżę, przejeżdża przez plac Unii, staje na przystanku jadąc tutaj do Śródmieścia, a wtedy on stawał na przystanku, który był przy końcu Puławskiej, a potem dopiero przejeżdżał przez plac. Stawał na tym przystanku. I my podjeżdżamy do tego przystanku, bo chcemy tam wysiąść, bo już tam, nie pamiętam, musiałyśmy gdzieś iść niedaleko widocznie, też nie pamiętam jakie to było to miejsce do którego tam oddawałyśmy, ona do siebie, a ja do siebie miałyśmy iść… Miałyśmy tam wysiąść i wysiadamy i wysiadając ona się potknęła i upadła, upadła jej ta… wyleciał jej koszyk i z tego koszyka zaczęły się wysypywać owoce i zaczęły spode tego… i ten rulon! Główny ten rulon, duży tych pism, prawda, biuletynu… zaczął… wyleciał… Aha! Jak podjeżdżałyśmy tam, do tego przystanku, to podchodził patrol żandarmerii, trzech ich chodziło… z takimi… z tą bronią, prawda, tu..tak… tego… podchodzili na przystanek. Pewnie żeby legitymować ludzi, bo mieli prawo w każdej chwili legitymować ludzi na ulicy. No i podchodzili i właśnie jak to wyleciało wszystko! Ja, która wyszła za nią, nie wiedziałam po prostu co robić. Było powiedziane u nas tak, że… żeby się ratować, żeby, żeby nie… żeby uciekać, żeby… no już w tym wypadku nic nie pomożemy… trzeba się jakoś chronić. Ale ja może bym nawet i to zrobiła, ale ja nie mogłam, bo mi nogi ze strachu wrosły w ziemię. I nie mogłam ruszyć, po prostu ja oniemiałam! Po chwili podchodzą Ci Niemcy, zaczynają legitymować tych ludzi, a tutaj toczy się w ich kierunku… tego… trotuaru, prawda, tego chodnika, toczy się rulon jakiś. Całe szczęście, że moja Renia była tak odważna i taka… naprawdę jakaś skoncentrowana i ja widzę jak… ona zaczyna to zbierać i jakiś… ten jeden z tych właśnie młodych Niemców, ona była ładna dziewczyna, poza tym była bardzo taka… no jeszcze bardzo młodziutka, wyglądała w ogóle na pensjonarkę, z resztą ja tak samo wyglądałam na pensjonarkę. Bardzo niegroźnie wyglądałyśmy. I oni zaczęli pomagać zbierać to! Patrzy na nią i podaje jej wszystko! Te owoce jej podaje i ten rulon… A ona taka zachwycona, patrzy też na niego, zaczęła go tak trochę kokietować, potem mówi: „Danke schon!” i robi taki dyg, jak to się kiedyś robiło, dyg taki. „Danke schon” powiedziała i on był zachwycony tym. I jak poszłyśmy stamtąd wtedy żeśmy poszły w cug. Ale to był bardzo groźny moment, ale skończył się bardzo dobrze. I jak podjeżdżam tam do tego, to sobie przypominam.
