Alicja Wielgoławska: Tak jak powiedziałam – Pragę pamiętam dwukrotnie. Pierwszy raz to można powiedzieć „tragicznie”, bo zaczynałam poznawać tragizm wojny i okupacji, a poza tym straciłam ojca i matka mnie potem zabrała ze środowiska szkolnego, w którym tkwiłam bardzo beztrosko. Także to był okres tragiczny, ale pamiętam te wszystkie ulice, biegaliśmy po, po tym… bazarze Różyckiego, słuchaliśmy orkiestry, Stasio Bielanek później do nich dobił, na ulicy grali! Aha! Mogę jeszcze chwilę? Zapomniałam powiedzieć, że w pierwszym okresie, ponieważ już mnie ciągnęło do tych teatrów, to muszę panu powiedzieć, bo pan mógłby się o tym nie dowiedzieć od nikogo, a ja jestem źródłem pierwszym – były teatrzyki! I w teatrzyku np. „Miraż”, na ul. Floriańskiej występował sam Walter, którego jeszcze poznałam, przedwojenny aktor i Kryniczanka. Moja matka, na moją usilną prośbę, bo ile razy przychodziłam do kościoła, to widziałam te afisze, bo błagałam żeby matka ze mną poszła, jeszcze byłam za młoda żeby mnie wpuścili na kieszonkowe – tak jak drugi raz babcia, matka powiedziała: „Dobrze, ja Ciebie wezmę do teatru, ale pamiętaj, nie wolno nam chodzić do teatru niemieckiego”, ja mówię: „Mama, ale to nie jest niemiecki! To Polacy tam występują! Walter przecież, czytałam o nim, że to taki był sławny przed wojną i Kryniczanka! I poszłam z mamą na ten spektakl, ale okazało się, że to była rzeczywiście… nawet sobie przypomniałam i do dzisiaj pamiętam jedną sprośną taką piosenkę, którą śpiewał Walter. Taka sprośna, że mama mi zakrywała oczy i powiedziała: „Widzisz? Widzisz – mówiłam Ci!” A była ta piosenka, tylko refren podam: „Przyjdź do mnie na go, na go, na go,na godzinkę. Stworzymy sobie bo bo, bo bo, boskie… ja będę ta, ta, ta… tańczył aż do rana, Ty będziesz ma, ma … malować się.” Mi się to strasznie podobało, że cały czas później w domu to śpiewałam! A mama była na mnie bardzo zła, aż mi klapsa dała i powiedziała: „Takich rzeczy nie powinnaś”, więc nigdy do „Mirażu” nie poszłam już, ale wiem, że taki „Miraż” istniał, drugi istniał na ul. Targowej, gdzie dzisiaj jest apteka, między, miedzy bazarkiem a Carrefourem teraz , bo teraz pełno jest sklepów na Targowej, wtedy było mało…. i tam przychodzili Niemcy – takie rewiowe tam śpiewali, podkasana taka muza… i ja kiedyś z koleżanką też tam poszłam. Już nie mówiąc matce, z resztą matka była po lewej stronie, a ja byłam pod kuratelą babci. Właśnie jakoś żeśmy się wkręciły, nie pamiętam jak, ale ja bym po trupach do teatru poszła! I żeśmy usiadły gdzieś na tyłach, a za nami siedziało… boże jak to ja pamiętam, a to chyba z 70 lat minęło… siedziało dwóch Wermahtowców w niemieckim mundurze też, Ha ha ha! – rechotali tak! Zaczęli palić papierosy, a było napisane: „Rauchen verbotten” – po niemiecku, to już żeśmy wszystkie znały. I co chwile któraś z nas się odwracała: „Rauchen verbotten!” A oni nic. To druga: „Rauchen verbotten!” I takie byłyśmy głupie, takie odważne, że żeśmy im zwracały uwagę, w końcu jeden coś tam powiedział: „verfluchten!” i żeśmy uciekły z tego, bo wtedy zorientowałyśmy się, że mogą nas… nabić albo złapać za kark i wyrzucić. W każdym razie nie omieszkałam nawet iść do teatru jak byli Niemcy i jeszcze im zwracałam uwagę!