Ksiądz Ryszard Ptasiński: W czasie okupacji kiedy bomby leciały, to w piwnicach niektórzy na podwórku mieli figurki. Tu gdzie ja mieszkałem to w piwnicy był taki długi korytarz a tu były te- lokatorzy mieli te piwnice na kłódki zamykane. I na końcu tej piwnicy tam takie było rozszerzenie. Nawet to można zobaczyć bo ten dom stoi tylko że już tam inaczej trochę. I tam na końcu był ołtarzyk. Wieczorem po pracy, po kolacji schodzili się lokatorzy, śpiewało się: maj, czerwiec litania do Matki Boskiej, w czerwcu do Serca Pana Jezusa. A w czasie bombardowania no to już wszyscy byli tam. I różaniec, i modlitwy. Pan zna Jatowską ulicę?

Prowadzący: No mniej więcej.

Ksiądz: Tu jest Łomżyńska, to tu proszę pana był dom- dwa piętra albo trzy, no tu te nasze domy na Jałtowskiej: 5a, 5, 7 i tu myśmy się zbierali- parę dni było cicho, bo te bomby latały te pociski jak Rosjanie wrócili prawda, to nasze wyzwolenie. Więc te pociski latały do Warszawy i z powrotem. No to ciągle siedziało się w piwnicy. I tam w piwnicy różne, to jakaś stara szafa była, coś. No i wszyscy razem, nie było tak że rodzinami, nie. Więc jak pomieszczenie było jak to, to tam paręnaście osób spało koło siebie. Nawet tutaj lepsze były… Nie było tam posadzki, był piasek i kamyczki. Się kamyczek brało i tam- pogasili światła i pyk! – ktoś tam w łeb dostał- o, świństwo, rzucają, nie? A to w zasadzie kilku było. I teraz ten dom- było tam parę dni, ze dwa dni wolnego, jakoś tak, że nie biły bomby i pociski nie leciały na Warszawę. No i mówię:”Słuchajcie, może dzisiejsza noc będzie lepsza jakbyśmy tu mieszkali.” Poszliśmy do pokoi. Myśmy mieszkali na parterze, wysoki parter. Jak na złość przyleciał ten łuu, łuu, łuu- jak on się nazywał- krowa. Krowa ryczy- to że jak miał lecieć straszny ryk był jak od krowy. I leciał, uderzył w ten dom, że się zawaliła połowa tego domu, po prostu jakby odciął połówkę. Tam ludzie też poszli spać i na 3 piętrze dziecko mieli małe w kołysce. A oni się położyli na wersalce. Jak zjechało to oni zjechali, przygniotło ich, zginęli wszyscy. A to dziecko w tej kołysce na tych- jak to te nóżki są od tej kołyski- zahaczone i tak wisiało. Huk, krzyk, wiadomo, nie, wszyscy wyskoczyli, niesamowicie. I trzeba było coś robić, kogoś wołać. Gdzieś tam straż czy coś, nie wiem, nie umiem powiedzieć, przyjechali i drabinami weszli po tych zwałach do góry i tą kołyskę zdjęli z tym dzieckiem. Ale na ile co było to nie wiem, bo tam dzieciaka nie dopuścili, nie? Ale w każdym razie to pamiętam że jeden dzień miał być wolny, okazało się, że w tym dniu kiedy miał być wolny żeśmy pospadali zburzeni.

Prowadzący: A jak Rosjanie wchodzili właśnie to jak ksiądz wspomina?

Ksiądz: No to właśnie to było to.

Prowadzący: Że strzelali najpierw, tak?

Ksiądz: To było to właśnie, strzelali.

Prowadzący: A później jakoś przechodzili, miał ksiądz z nimi kontakt?

Ksiądz: Znaczy kontakt o tyle był, że mieszkali tutaj. W zasadzie to raczej Ukraińcy byli chyba, ja nie mam pojęcia. Pozajmowali szkoły, domy, gdzie co było możliwe. Poza tym za dziewuchami latali strasznie, nie? Dziewczyny już się bały, bo to dzicz była dosłownie, dzicz. Także mówię, ja wiem o tyle że siostry miałem. Matka zawsze- wieczorem dom, żadnego wyjścia. Ale normalnie pracowało się, i ludzie pracowali. Czy flirty były czy nie to tego nie umiem powiedzieć. W każdym razie była to taka dzicz. Bombardowania mieli duże. Szczególnie te krowy to było okropne. Jak pocisk miał lecieć to najpierw słyszał pan przez kilkanaście sekund takie łuu, łuu- a to było 50 km. Więc to wiadomo, że za chwilę będzie leciała ta krowa, gdzieś uderzy, nie wiadomo było gdzie. Tą krowę to pamiętam bo to już jak krowa leciała to każdy mówi:”Co będzie?”