Sławomir Popowski: Raz widziałem taką obławę. Mieszkałem jeszcze na Kępnej, czyli to musiało być przed ‘57 rokiem. Nagle ni stąd, ni zowąd widzę, że bazar Różyckiego, a z Kępnej było widać to dokładnie, bo to jest ile 300 metrów, 400 metrów od mojej kamienicy na Kępnej. Nagle widzę, że cały bazar jest otoczony sukami, to znaczy przepraszam, używam praskiego określenia suka, czyli samochody milicyjne Nyska najczęściej albo coś podobno do Nysek wtedy. Cały bazar jest otoczony, coś się dzieje, jakiś szum i w ogóle słyszę „szu, szu, szu, szu”, ludzie opowiadają, że jest obława. Był obstawiony cały bazar Różyckiego, czy wszystkie te najważniejsze jego wejścia, a wejścia na bazar Różyckiego były: główne wejście, jak twarzą stać trochę bardziej na prawo tam, gdzie jest taka wysoka piękna kamienica, gdzie był kiedyś sklep, księgarnia Gebethnera i Wolfa (o niej też warto powiedzieć), dalej było wejście od ulicy Ząbkowskiej i od ulicy Brzeskiej. To wszystko było zablokowane. Słyszałem tylko potem takie opowieści, sprawdzano i rewidowano wszystkich, a przecież na bazarze handlowano wszystkim, przede wszystkim walutą, przede wszystkim dolarami, ale podobno broń też można było kupić, ale głównie handlowano walutą, brylantami, wszystkim. Tam się wszystko to rozgrywało, złotem prawdziwym i udawanym, jakimś tam tombakiem i tak dalej, pergony, nylony, kaprony, stylony, tak to wszystko było. I były potem takie opowieści jak to, nie wiem, gdzieś tam w toalecie, w kiblu koło Brzeskiej, zaraz po sąsiedzku z takim miejscem, gdzie zarzynano kaczki, gęsi, skubano kury i tak dalej, milicja znalazła, nie wiem, tam trzy, cztery tysiące dolarów porzucone i tak dalej. Oczywiście rewizja obława itp., itd., ale to w niczym nie zmieniło, że dalej się wszystko kręciło po staremu.