Wiesław Wencel: Pierwszy kontakt który pamiętam, to był… to było dla mnie niezwykle traumatyczne przeżycie – mianowicie jechaliśmy tramwajem nie… i tutaj jest pewna zagadka, bo wszyscy wiemy, że były nur fur Deutsche, prawda, że Polacy osobno, natomiast myśmy jechali razem. Być może te tylko dla Niemców wprowadzone później trochę. W każdym razie siedziałem z mamą na kolanach, a naprzeciwko siedziało 2 żołnierzy niemieckich. Tak myślę, że to byli, dzisiaj, to że to byli zwykli żołnierze, bo nie było żadnych epoletów, nic, tylko normalne mundury. I w pewnym momencie jakiś kichnąłem, jakoś mnie tam załaskotało i tak na tego Niemca. I się tak przeraziłem strasznie! To znaczy już jakieś komentarze do mnie docierały kim są Niemcy, no ale nic się nie stało. Niemiec się uśmiechnął i tak się skończyło. To było, to było te moje przełożenie – jedno z najbardziej dramatycznych pierwszych. W tej chwili przeskoczę trochę w czasie, przeskoczę w czasie, ale z kolei miałem też dramat, który zmienił się w coś innego – w jego przeciwieństwo. Mianowicie ponieważ, no, nic tak dobrze nie działało, a dzieliła nas od dworca siatka tylko, oczywiście była w czasie wojny już poszarpana, i to był oczywiście plac zabaw dla nas. Od naszej strony były takie tory, no, które nie były tak wykorzystywane. Tam były tory od ciuchci, bo nie wiem czy pan wie, że tam chodziła kolejka taka wąskotorowa i między tą torami kolejki wąskotorowej, która były dość blisko naszego domu, a potem tymi torami, w których ten ruch się odbywał towarowy, była taka spora przestrzeń. Budki dróżników, to jakieś bocznice i takie różne rzeczy. Wspaniały, dla mnie wspaniały świat. No, to na zasadzie świat mojego dzieciństwa. I tam myśmy się bawili. No i kiedyś tak jakoś tam sam byłem bez kolegów gdzieś, to wtedy miałem chyba z… mogłem mieć 5 lat może, może tak. Nie pamiętam ile to było dokładnie. I tak między wagonami tak właściwie pusty jakiś pociąg, jak gdyby był. I w pewnym momencie były takie otwarte drzwi do takiego szelonu, nagle wychyla się Niemiec i woła: „Komm!”, do mnie. No więc ja nawet w strachu zamarłem, nie byłem w stanie uciekać. I tak podszedłem te 2 kroki, a Niemiec tak się odwrócił, wyjął, wziął taki bochenek chleba i mi wręczył. No więc ja powiedziałem dziękuję, szasnąłem nóżką i, i… no, podszyty strachem, znaczy no już nie strachem, zdenerwowany a do tego… słyszałem, że od Niemców się nie bierze, więc z takim poczuciem trochę winy przybiegłem do mamy. No i opowiedziałem to wszystko mamie, mama powiedziała tam wtedy, no, że od Niemców się nie bierze, ale to był dobry człowiek, to można wziąć. No i ten chleb… a to było zresztą, to nie był podarunek tylko symboliczny, ponieważ pamiętam w tym okresie jak skórki, suszyły się skórki w płóciennym woreczku, jadło się jakieś obrzydliwe zupy z buraków i innych kapust, a skórka od chleba to był cukierek! Więc ten bochenek chleba był jakiś ważny. I co jest, i co… jeszcze w tym wszystkim, jeszcze to ma takie zakończenie teraźniejsze – znaczy no, teraźniejsze lata 70, byliśmy, jakąś wystawę robiliśmy w Berlinie, mieszkaliśmy w takich apartamentach, no więc jakieś same, sami robiliśmy zakupy na jakieś śniadanie. Ja poszedłem, razowy chlebek, kupiłem jakiś razowy chleb w jakimś supersamie niemieckim, kroję wieczorem, biorę kromkę i widzę tego Niemca! Bo to był ten rodzaj chleba, ten zapach, taki sam. No tak się spina ta przeszłość z tą rzeczywistością. To była ta, to było takie miłe spotkanie.