This is additional content area. Learn more
Zdzisław Świerczewski: [brak pierwszego zdania w nagraniu: „Bajbus był niezwykle inteligentny. Bajbus był gotów…”] oddać życie za przyjaciela, stanąć czynnie w jego obronie. Bajbus był jak sądzę przeciwnikiem powstania warszawskiego, ale za to kochał Pragę, a ściślej Targówek Fabryczny. Bajbus miał słuch można rzec – ponadludzki. Tak jak kiper ma niezwykły dar odróżniania smaków i dźwięków, tak i Bajbus posiadał te walory. Bajbus uważnie słuchał, co się dzieje i co się do niego mówi, ale Bajbus miał tylko jedną wadę: nie mówił w żadnym obcym języku i do tego po polsku też nie mówił. To kim był Bajbus? Bajbus był psem. Psem rasy pudel, czarny, średniej wielkości. Wychowywał się w naszej rodzinie od szczenięcego wieku, a pojawił się na prośbę mojej ciotecznej siostry, aby tatuś jej kupił pieska, znaczy jej tatuś, bo ja tylko wychowywałem się u tego wujostwa na Targówku Fabrycznym. Każdy pies uznaje tylko jednego pana. Dlaczego Bajbus wybrał mnie, a nie prawną właścicielkę, tego nie wiem. Może dlatego, że to ja głównie się z nim bawiłem, że spał on razem ze mną w moich nogach. On po prawej nodze, a kot – Maciek po lewej. Czasem w nocy, jak podkulałem nogi, dochodziło do ostrego starcia między Bajbusem, a Maciusiem. Ale dziwić się nie było czemu, bo jeżeli ludzie żyją często ze sobą jak pies z kotem, to dlaczego taki prawdziwy kot nie miał drzeć koty z psem? Bajbus miał wówczas niewiele ponad dwa lata, a mówią że według miary ludzkiej, to miał on już 14 lat. A ja też wtedy miałem 14/15 lat, więc może z tego powodu byliśmy kumplami. Siostra moja była już na tyle dorosła, że wyszła za mąż i tatuś kupił jej również i mieszkanie, w Warszawie, na ulicy Żelaznej pod numerem 75-tym. Obok, pod numerem 75-tym A, a może i odwrotnie, mieściła się słynna komenda żandarmerii, która w kronikach Warszawy, a w szczególności w historii powstania warszawskiego, jest znana pod nazwą Nordwache. Te dwa budynki 75 i 75 A były złączone jedną ścianą, jednym murem. Balkon mojej siostry sąsiadował z balkonem żandarmów. Może rozdzielało ich nie więcej jak dwa metry. Widać to na zdjęciu, które chcę pani pokazać. Jest to oczywiście fotokopia zdjęcia z drugiego czy trzeciego dnia powstania warszawskiego. Ten pierwszy balkon, na pierwszym piętrze, po lewej stronie to balkon żandarmów, a ten drugi balkon, też po lewej stronie, to balkon mojej siostry. Bajbus często na tym balkonie podnosił się na łapach i przyglądał się Żydom po drugiej stronie ulicy, bo tam jeszcze było getto. Mur dzielił ulicę Żelazną na aryjską – numery nieparzyste i żydowską – numery parzyste, a po środku ulicy właśnie wzdłuż mur, oddzielający dzielnicę aryjską od dzielnicy żydowskiej, a na sąsiednim balkonie żandarmi z Nordwache też przyglądali się Żydom. Za chwilę wejdą do getta. Będą bić, strzelać, gwałcić, kraść i Bóg wie co jeszcze robić, ale za nim tam pójdą, wykazują ludzkie odruchy, ale nie wobec ludzi, ale wobec psa. Zagadują do Bajbusa, rzucając mu skrawki kiełbasy. A zapytawszy się przedtem jak ma na imię, zwracają się już do niego per Bajbus. Wśród żandarmów jest i taki, co mówi po polsku – kapral a może sierżant. I tak mija kilka tygodni. Jest już jesień. Żydów w Warszawie już nie ma. Powstanie żydowskie się skończyło. Zostali wymordowani, wywiezieni. Jest już pewnie wrzesień 1943 roku. Siostra jest w Michalinie, pod Warszawą, a ja pilnuję jej mieszkania. Zapraszam do niej swoich kolegów, bo siostra ma spiżarnie dobrze zaopatrzone. Organizujemy wieczór patriotyczny. Czytamy Biuletyn Informacyjny wydawany w podziemiu, gazeta AK. Siedzimy do późnej nocy i pijemy trunki, które znalazłem też u siostry w spiżarni. Rano o 3:30, Zenek – mój kolega, musi opuścić gościnny dom, bowiem o 6:00 rano rozpoczyna pracę w fabryce, która nazywała się, a może i do dzisiaj – „Awia”. Kiedyś ona się znajdowała na ulicy Kawęczyńskiej. A musi jeszcze iść do domu, przebrać się w ubranie robocze, zjeść śniadanie i do roboty, ale nie wyjdzie z budynku z Żelaznej 75, bo dozorca ma obowiązek go nie wypuszczać, a brama zamknięta na klucz. Wszyscy dozorcy są zobowiązani meldować na policję, że ktoś nocuje albo, że ktoś nocował w ich domu, kto w tym domu nie mieszkał. Więc ja go muszę wyprowadzić, bo mnie dozorca zna osobiście. Koleżka odjeżdża, a ja wracam do domu. Przechodzę obok wartownika, który stoi przy bunkrze, bunkrze obronnym. Tu też widać na zdjęciu ten bunkier, a obok nich już powstańców, bo jest to zdjęcie zrobione w czasie powstania warszawskiego. Wartownik nie reaguje. Mam już może pięć metrów do mojej bramy, gdy słyszę donośny głos: „Haende hoch” czyli ręce do góry. Odwracam się i widzę na środkowym balkonie postać ubraną w koszulę z pistoletem w ręku wymierzonym w moją stronę. Ręce więc podnoszę i słyszę, że osobnik ten karze mnie aresztować wartownikowi.
