This is additional content area. Learn more
Wanda Szymańska: Wie Pan, nie boję się. Z początku strasznie się bałam na tej Brzeskiej jak się wprowadziłam, a teraz mogę iść nie wiem o której. Wracałam o dwunastej w nocy proszę pana, to o dwu…, znają, no znają, swoich to znają. Ja nawet się bym nie spodziewałam, to kilka razy miałam, wysiadałam z tramwaju, a siedzieli tak, na takim murku i krzyczeli: „dobry wieczór pani, wszystkie kwiatki sprzedane?”, bo ja kwiatami sobie dorabiam latem, wie pan, handluję. Tak, no jeżdżę na Okęcie, na giełdę, kupie kwiatki, proszę pana, przyjadę do domu, wypiję kawkę i idę do pracy. O 4 wychodzę z domu, przed 4 no, wracam 8-7, musze mieć ładny towar, a nie takie badziewie, barachło. Barachło to wie pan, każdy przyjdzie i pójdzie, a jak jest ładny towar, no to ja klientów mam proszę pana. Na wiosnę, powiedzmy, jak już te tulipany, no to kupują, bo już maja dosyć zimy, żeby, żeby troszeczkę w tym domu rozjaśnić, żeby jakoś tak, no inaczej, bo bo ponuro, bo tego, a jak stoi jakiś kawałek kwiatka to całkiem inaczej, inaczej to wygląda. Tulipany teraz to są hohoho, kiedyś to były jedne, a teraz to mają i ze sto płatków, dużo mają tych płateczków i też są różne kolory. Kiedyś tak miałam, nawet z wazonem, proszę pana, z tym plastikowym sprzedałam. Jakiś chłopak, proszę pana, ale był na rauszu, cos tam przeskrobał i wszystkie tulipany jakie miałam, miałam ich chyba, nie wiem, z 50 albo i więcej i wszystko zabrał, nawet z wazonem. A jeszcze miałam takiego brata, proszę pana, on nie żyje już też, jak przyjeżdżał do mnie, jak mnie w domu nie było, no to wiedział gdzie jestem. No to przychodził i mówił tak: „chodź do domu”, ja mówię: no nie mogę, bo widzisz, że mam kwiat. Wyjmował pieniądze, dawał mi pieniądze, proszę pana, „chodź do domu”, no to ja wszystko zwinęłam, poszłam. Kiedy by nie przyjechał, no zarabiał dobrze, miał taki gest no po prostu.
Prowadzący: A kiedy pani pierwszy raz zaczyna? W którym miesiącu?
W.S.: No w dzień kobiet idę. To już na ósmego, to już wychodzę, już trudno. Zimno, nie zimno ale idę, biorę te kwiaty wszystkie z domu, przywożę tu i stawiam sobie do koleżanki, do księgarni, no i one sobie tam stoją, tam nic im się nie dzieje i ja sobie przynoszę. Ja na Ząbkowskiej urzęduję, na Ząbkowskiej pod Pelcowizną, tam akurat mam daszek na głową, proszę pana. Tam jest tak zadaszone, że jak deszcz pada to mi na głowę nie leci, na kwiaty mi nie leci, bo się przysunę do ściany, nie moknę, nie tego. Wie pan, nie niszczy mi się po prostu. Nie wiem, już tam tyle lat jestem, tak się przyzwyczaiłam. Trzeba sobie radzić, no bo…no, trzeba sobie radzić no. Nie chce żeby mnie syn pomagał, nie chcę, no bo…
