This is additional content area. Learn more
Ryszard Szufladowicz: I tam proszę pani była fajna sitwa taka chłopaków z Pragi, fajna. Ale ja tam, proszę pani, długo nie zabawiłem u tego Władka IV. Bo tam była taka fajna paka i żeśmy się do tych pocisków dobrali, nie? Chodziliśmy, rozbieraliśmy pociski. Ponieważ ogród zoologiczny był wtedy otwarty, nie było zwierząt, to myśmy te ładunki wybuchowe detonowali w ogrodzie zoologicznym. Wszystkie klatki z małpami, które są do dzisiaj, to były wysadzone w powietrze – tam ich nie było. Ponieważ one były przed wojną budowane z takiego żużlo-betonu, to jak pani podsadziła taką kostkę trotylu z detonatorem, jak to trzasnęło, to ten cały fundament to był taki pióropusz czarnego dymu żużlowego do góry. To była frajda na sto fajerek. Na słoniach tą kopułę żeśmy też częściowo… robiło się tego. Ale przy rozbieraniu pocisków wydobywa pani trotyl. Żółty trotyl, który jest związkiem chemicznym żrącym co nieco. W związku z czym myśmy te łapy mieli opuszki żółte całe. No i mama się w domu zainteresowała. Mówi do mnie tak: „No powiedz mi co ty masz takie żółte ręce, dlaczego”. A ponieważ to był ten okres, kiedy myśmy kitowali okna u Władka IV, to ja mówię: Mamuśka, wiesz, bo to od tego kitu. Tym kitem sobie tak pobrudziłem i nie mogę tego za nic domyć. I mama na najbliższej wywiadówce jak była poszła do profesora Zegiela, mojego wychowawcy, fizyka i mówi tak: „Panie profesorze, niech mi pan łaskawie powie – kiedy to w końcu chłopcy przestaną kitować te okna?”, a on zrobił wielkie oczy i… bo mama mnie relacjonowała później, mówi: „Proszę pani, oni już dawno to skończyli! Oni nie kitują. A dlaczego pani tak mówi?”, „No bo syn ma takie żółte palce”, a on był nie w ciemię bity, mówi: „Wie pani co? Tak jest, ja wiem, to ja słyszałem. Oni pociski rozbierają. To jest od trotylu”. Jakie ja manto dostałem w domu! Lepiej nie mówić. Potem brat mój się śmiał, że ja ciuchcią jeździłem, bo mama tam dawała po nogach dyscypliną. Uciekał z nogami, ciuchcią jeździł. Proszę pani, no i… ale później takie detonatorki małe to żeśmy w te piecyki, małe od granatników, to były takie malutkie, zawijali mokrą glinę, piecyk był, bo to zima, ciepło, i przed samym końcem przerwy wrzucało się do pieca taki malutki detonatorek w mokrej glinie. Profesor przychodził, lekcja się toczyła, a tam glina najpierw wyschła, potem stwardniała, później się rozgrzała, a potem jak trzepnęło to z tego wszystkie fajerki do góry i już był koniec lekcji! I była zabawa na sto fajerków. W naszym odczuciu, wtedy, prawda. Takie były rozrywki tej młodzieży, proszę pani, no nie inne. Huk jak cholera, osmalone ściany, potem musieliśmy malować, ale co była zabawa, to była zabawa. Ale przez te wysadzanie w powietrze to ja z Władka IV musiałem odejść niestety.
