Ryszard Szufladowicz: No i… proszę pani, do momentu takiego, kiedy profesor od fizyki – Dadles, miał głupi zwyczaj zostawania na przerwie otoczony wianuszkiem chłopaków przy katedrze i rozmawia. Ale przerwa to już jest rzecz święta, to już hulaj dusza, piekła nie ma. Ponieważ tak się stało, a on stał tak, a łysy był taki jak kolano! Fizyk. I naokoło tym wianuszkiem kolegów, a ja wziąłem kawałek kredy. Takie były czasy. Ja wziąłem… takie były konsekwencje znaczy. Taki kawałek kredy wziąłem i chciałem rzucić w kolegę, który za nim stał dalej. Źle obliczyłem parabolę lotu, rozumie pani? I trafiłem go w sam melon! Pamiętam, podniósł się spod tej katedry, złapał tak, mówi: „Sabotażyści!!! W głowę mnie uderzyli… kto to zrobił? Kto to zrobił?!”, cisza. Zabrał dziennik, trzasnął, poszedł. Za 5 minut przychodzi z dyrektorką: „Proszę powiedzieć kto to zrobił”, cisza. „Informuję, że z listy obecności co piąty zostanie relegowany ze szkoły natychmiast, jeżeli nie przyzna się ten, który to zrobił”. Nie było wyjścia. Wstałem, powiedziałem że ja, tłumacząc się, że niechcący, że chciałem w kolegę – nie było tłumaczeń. Nie było żadnych. Pozwolono tylko na to, żebym dokończył naukę do tak zwanej małej matury, bo ja szedłem według starego kursu – 6 klas powszechnej, 4 gimnazjum, 2 liceum, prawda, żebym dokończył gimnazjum, ukończył tak zwaną małą maturę. Żebym dokończył. Ale egzamin z fizyki profesor już mnie, nie pozwolił na to, żebym ja chodził na jego lekcje. Egzamin z fizyki komisyjny na koniec roku zdałem. No i zdałem ten egzamin komisyjny, ale szkołę musiałem opuścić. I nie pomogły nawet koneksje mojego stryja, który był wtedy we władzach Warszawy wysoko ustawionym człowiekiem. Nie pomogły żadne wstawiennictwa.