UWAGA! Ten epizod możesz również znaleźć na naszym kanale na YT

Stanisław Zalewski: Każda ulica prawie na Pradze miała taką swoją ferajnę. Ja też należałem do takiej ferajny, miałem ksywę Mamut, a to dlatego, że mnie się nigdy nie spieszyło. Ja zawsze zdążyłem, powoli, ale zdążyłem. No ale odzwyczaiłem się tego w trzydziestym dziewiątym roku, kiedy zaczęli bomby lecieć. A poza tym panicznie bałem się burzy. Jak byliśmy z chłopakami gdzieś, a zaczęło się błyskać, grzmieć, rzucałem wszystko, do domu, w ciemny koc, przykrywałem się pierzyną czy kołdrą i nie ma. Ale w trzydziestym dziewiątym roku huk bomb był silniejszy od strachu. No i porzekadło się sprawdziło, że strach to zwycięża się strachem. I od tamtego czasu już się nie boję.

Prowadzący: Mamut. Okej, a pamięta pan inne ksywki innych członków ferajny?

S.Z.: No więc był taki drugi, nazywał się Siasio, to znaczy Stanisław miał, no ale on był starszy od nas. A dlaczego on był w naszej ferajnie? Bo grał na banjoli, na banjoli. Poza tym jakiś czas jego rodzice i on był w Stanach Zjednoczonych. Znał trochę ten angielski. I jak śpiewał, to tam wtrącał słowa angielskie. Także myśmy zawsze go brali, chodź, mówi, Siasiu, zaśpiewaj, powiedz nam coś po angielsku. Tak, następny to był Miecio. Ale to już starszy był pan, już chodził do gimnazjum. Tak, proszę pana, to już gimnazjum, to, to była już specjalna klasa. I on był takim przewodniczącym tej ferajny. Ale myśmy robili różne psikusy, ale to nie były takie, wie pan, jakieś łobuzerskie. No na przykład: ulica Olszowa, jej nie ma teraz, bo tam w tej chwili jest Wybrzeże Szczecińskie. Ale kiedyś ulica Olszowa biegła od mostu Kierbedzia do ulicy, jak ona się nazywała przed wojną… Szeroka. Teraz to jest Kłopotowskiego. Natomiast za, od ulicą, idąc dalej w kierunku Wisły, był wał wysoki, no przeciw taki powodziowy i na górze był szeroki chodnik i latarnie. Z tym że to były latarnie elektryczne, ale punktowe. I one wyświetlały taki krąg, poza tym kręgiem to było ciemno. To myśmy brali złotówkę, a złotówka to był pieniądz, wiercili malutką dziureczkę, a przeważnie to mnie zlecał nam, bo w warsztatach samochodowych były wiertarki, do tego żeśmy wczepiali żyłeczkę cienką, która jest niewidoczna, i tą złotówkę kładli w tym oświetlonym kręgu, ale tak, żeby tej nitki nie widać. Wieczorem ktoś idzie tam, szybko patrzy, złotówka. Więc mimo woli, złotówka to pieniądz. Złotówka, o, to było pół kilograma kiełbasy, no. Albo dołożyć złotówkę dziesięć groszy to była ćwiartka wódki wyborowej z tak zwaną białą główką. No więc mimo woli sięga po tą złotówkę, ale ta złotówka zaczęła mu uciekać. No to on za nią. W końcu zorientował się, że to coś jest, bo któryś z chłopaków nie wytrzymał, parsknął śmiechem. No, to takie były… A z tamtego wału jeszcze, to był specjalny folklor, mianowicie tam za wałem w kierunku Wisły był nasyp, były tory kolejki dojazdowej. Kolejka, która jeździła, w tej chwili to Dworzec Południowy, aż do Góry Kalwarii, bo tam mieszkał caryc. I w sobotę, proszę pana, tą kolejką jechali ortodoksyjni Żydzi. Ja specjalnie wychodziłem, proszę pana, żeby oglądać. To naprawdę był wspaniały widok, patrząc na tych, wie pan, ubranych hasydów. No więc kapelusz z dużym rondem czarny, koszula biała atłasowa, wie pan, z żabotem pod szyją, taki, proszę pana, a la frak, spodnie czarne, ale błyszczące, tak zwane pumpy, za kolanami zapinane, białe getry albo specjalne pończochy i buty, błyszczące lakierki z dużą taką srebrną klamrą, wie pan. No mało tego, przepisowo oczywiście grajcarki, czyli pejsy, tak jak się widzi nieraz chło… jak pokazują Ścianę Płaczu w Jerozolimie. I oni, proszę pana, schodzili, bo żeby wejść do stacji kolejki należało zejść z tego nasypu, który prowadził do Mostu Kierbedzia, bo ta ulica była wyżej. I oni się spieszyli, bardzo szybko biegli, trzymając się właśnie poręczy. Jeden z chłopaków był dowcipny, ale żeśmy go opieprzyli, żeby nie robił, podłączył prąd to tego, wie pan, do tej barierki. No i jak biegł taki, wie pan, jeden, to on łapał, no go potrząchło: Aj waj, aj waj! No to on wtedy to odłączał, patrzy, nic się nie dzieje, wie pan. Ale to były takie kawałki, ale żeśmy go opieprzyli, żeby…

P: Ale co, taki dwieście dwadzieścia?

S.Z.: Tak. Ale to, wie pan, to chwilowy impuls, nie długi. Bo porażenie prądem, żeby było śmiertelne, to musi trwać trochę dłużej. A taki mimowolny mnie nie raz kopnął prąd, jak to się mówi, przy jakiejś naprawie czy przy wymianie żarówki. No i to to życie. Życie mojego chłopaka przed trzydziestym dziewiątym rokiem. Wcieleniem do naszej ferajny, taką inicjacją, to było przepłynięcie Wisły z brzegu praskiego na brzeg warszawski. Ja, mając chyba dwanaście lat, a może mniej, już przepływałem Wisłę z jednego brzegu na drugi. Robiło to się w ten sposób, że ten nasz budynek na Olszowej to był tak bliżej Mostu Kierbedzia, to się szło w kierunku portu praskiego i na drugą stronę. No ale prąd, jak znosił, to akurat tutaj, do Mostu Kierbedzia.