Pan Zbigniew Djaczko: Mama jeździła do Nałęczowa i przywoziła tzw.”nałęczaki”. To były takie chlebki, takie bułki, w Nałęczowie, długie, u nas są też takie, takiej mniej więcej wielkości. I tam kupowała je chyba troszkę taniej, przyjeżdżała pociągiem, Nałęczów, tam często jeździłem samochodem bo byłem w sanatorium, to jest około 150 km od Warszawy, ten Nałęczów, i przywoziła tutaj do Warszawy i sprzedała takich bułek nie wiem, 20, 30. A ja z siostrą – bo ta podróż mamy nieraz trwała 2,3 dni – byłem tu w domu sam. Znaczy siostrę odwoziłem do babci , ale do szkoły chodziłem na ul. Igańską, do szkoły nr 55 i tutaj sam powiedzmy sobie starałem się być i nieraz mówię: ”Boże, żeby chociaż jakaś skórka od chleba”. No nic nie było. Zero. No tam powiedzmy jakaś mąka może była, ale nie pamiętam. I tak bym przecież nie zrobił klusek bo nie potrafiłem akurat wtedy jeszcze.