Sławomir Popowski: Takich hucznych imprez na Szmulkach nie wspominam. To znaczy ja pamiętam dokładnie przyjęcia jakie były wydawane na Szmulkach. Kulturowo picie alkoholu to była do pewnego stopnia część stylu życia. Moje doświadczenia z alpagą, z pierwszym alkoholem, który piłem to było, do pewnego stopnia, też część właśnie takiego stylu życia, kultury, kulturowego wejścia do środowiska, że skoro jesteś no to musisz. Ale znam też wiele osób, dla których to się skończyło bardzo przykro. Pamiętam na przykład pana, który miał warsztat ślusarski na Świętego Floriana, zaraz koło plebanii i tam była sytuacja tego rodzaju. Facet znakomity, robił coś, co wtedy było czymś absolutnie nowoczesnym, w ogóle super hiper, mianowicie robił takie specjalne do wieszania zasłon na kółeczkach, że to się przesuwało, znakomity ślusarz, dorobił wszystkie klucze, wszystko zrobił i tak dalej. Ale niestety cierpiał na chorobę alkoholową i tragicznie zginął, bo rozrobił… jemu cały czas w delirium pojawiał się pies, który go chce pogryźć, kiedyś nago wyskoczył na ulicę uciekając przed psem i został rozjechany przez samochód. Dla wielu ludzi to się skończyło bardzo tragicznie, ale też, jak mówię, to były sytuacje, w których nie można było nie wypić, nie można było odmówić. Ja w tamtym swoim tekście opisywałem na przykład balangę, która się odbywała w domu na Szmulkach z resztą, braci Szczotów. Renek właśnie wyszedł więzienia, w związku z czym Gienek, którego myśmy znali, nas też zaprosił na to. Poszliśmy i to był rytuał, tam trzeba było się napić. Oczywiście puszczali z płyt pocztówkowych powiedzmy, nie wiem, „Polankę”, „You Are My Destiny” albo coś takiego, albo Brendy Lee „I’m sorry”. Piosenki, które rozklejały dziewczyny natychmiast, ale jeszcze bardziej rozklejało wtedy te panienki, które w tym uczestniczyły, to sam fakt, że Renek wyszedł właśnie z kibla i jak śpiewał „Przyleciał do mnie zza kraty biały gołąbek skrzydlaty”, one były gotowe zrobić wszystko. Oczywiście musiało to być odpowiednio zakropione.