Janina Podgórska: A, ooo! przypomniałam sobie, to pani opowiem jakie myśmy mieli spotkania po tych brygadach żniwnych. Tak, to wtedy. Ponieważ myśmy jakoś tak się zaprzyjaźnili, że nasz rok i biologia, ale rok wyżej i medycyna. I myśmy razem tworzyli taką brygadę. No i później oczywiście po powrocie do Warszawy, żeśmy się spotykali, jak były jakieś imieniny, czy coś takiego, no to u tej osoby, wszyscy żeśmy się spotykali. I było tak: nas było dwie, ja i koleżanka, potem dwie koleżanki były z biologii, ale starsze o rok i czterech chłopaków z medycyny. Pamiętam właśnie najlepiej, bo to było najweselsze spotkanie, u mnie. Moi rodzice wiedzieli, że takie spotkanie będzie, a to były imieniny, tej koleżanki ponieważ ona tam wynajmowała mieszkanie, więc tam nie mogła tego zrobić, więc rodzice moi się zgodzili, że będzie u mnie. No i chłopcy wiedzieli, że wtedy myśmy mieszkali tam na facjacie, że na pierwszym piętrze mieszka moja ciocia, to wiedzieli. I wymyślili, że ponieważ ta koleżanka ma na imię Jadwiga, to ona jest Jadzia Przodownica, no bo w tej brygadzie, tam rzeczywiście tak pracowała, więc wszyscy mówili do niej Jadzia Przodownica. Więc dla Jadzi Przodownicy to potrzebny jest snopek żyta, ale żyto musiało być nie młócone. No pod koniec października dostać raczej snopek to ciężka sprawa. No ale gdzieś tam jeździli pod Warszawę, coś tam znaleźli takie żyto i przywieźli go do domu, ale że niby się pomylili i zadzwonili do mojej cioci. Ciocia była przerażona, ale wreszcie powiedziała, że: „to nie tu, to na górę.” No więc oni oczywiście wynieśli ten snopek. Na samej górze były dwa kwiatki i taka ogromna wstążka do samego dołu. Umocowali ten snopek przy krześle, przywiązali i ona miała tu siedzieć, bo to Jadzia Przodownica. No i później powiedzieli: „no, a teraz ugotujemy wam bigos.” Więc ponieważ u mnie w kuchni taki był wielki, dawniej takie wielkie gary były, taki sagan, siwy taki. Wzięli ten garnek, tam nawsadzali najrozmaitsze rzeczy, które znaleźli w kuchni: jakieś ścierki, jakieś zmywaki, w ogóle nie wiadomo co, jakiś patyków tam, nie wiem skąd oni znaleźli i to niby się wszystko gotowało. No i potem… (śmiech). To było coś okropnego, co oni wyprawiali! Dosłownie cały dom chodził. Moi rodzice, bo to już ten czas minął, kiedy no już miały się skończyć te imieniny, chodzili po drugiej stronie ulicy i byli przerażeni, bo okna były pootwierane, ryki takie niesamowite… (śmiech). Więc to był… Nie zapomnę tego, tego balu (śmiech).