Izabela Nowosielska: A pamiętam, wie pani, ja pieszo pamiętam, było tak, że nie nie można było nic kupić, no i nie było mydła do prania w Radzyminie, ja wtedy byłam w Radzyminie. I proszę pani z siostrą razem, mamusia nam dała na drogę chleb, takie kanapki z miodem, to był luksus. I wybrałyśmy się po mydło na Pragę. Proszę pani tutaj jak jest przejście tutaj na Radzymińskiej jak jest wiadukt kolejowy, więc tu był handel mydłem robionym a la na szycht. Bo fabryka mydła to była na Szwedzkiej. Tam była taka, jest ten budynek i to ma być zaliczony do obiektów muzealnych. Ten budynek na Szwedzkiej, dawna wytwórnia mydła Szycht. Więc mamusia kupowała takie całe sztaby i wkładała między ścianę, a piec. On wysychał, bo jak jest takie świeże to rozpływało się. Więc wyszłyśmy pieszo do tego tu wiaduktu po mydło. No i oczywiście ja wtedy miałam nowe buty. 20 kilometrów szłyśmy pieszo. No i oczywiście kupiłyśmy to mydło. I ona jeszcze powiedziała żebyśmy poszły na Wilczą, bo jej przyjaciółka mieszka i ona chce się dowiedzieć czy ona żyje czy nie żyje. Jeszcze poszłyśmy tam był rozwalony ten dom. Nogi mnie piekielnie bolały, bo to były buty nowe. Ja mówię: „słuchaj, usiądźmy i zjedzmy te kanapki”. A myśmy włożyły to mydło to tych plecaków, gdzie te kanapki były. Jezus Maria jak ohyda. Ja gryzę te kanapki, a ona mi tym mydłem przeszła. Jezus Maria! Nie do jedzenia, absolutnie, a kupić nic z jedzenia nie można było. I tak cały boży dzień, na noc ściągnęłyśmy pieszo do Radzymina. No mydło przyniosłyśmy, ale nic, bo te kanapki obficie mamusia miodem posmarowała, miód się w Szychta zamienił. Że coś niesamowitego i na głodniaka przez caluteńką, caluteńki dzień spędziłyśmy właśnie głodno i zmęczone.