Prowadzący: Ludzie hodowali kanarki wtedy? Słyszał Pan o tym?

Józef Makowski: Ale proszę Pana! Nie to że słyszałem. Mój tata hodował kanarki, 4, i, proszę Pana, sprawa jako ewenement, że z wszystkich tych hodowców kanarków, z którymi ojciec miał kontakty, to u ojca, co jest ewenementem, że kanarek miał małe kanarki. A mieliśmy takiego Maciusia, że jak tatuś przychodził – były kanarki, co miały 8, 10, nawet taki był, co miał 12 głosów, to tak śpiewał pięknie – ale tak się znali z tatą, że jak tata przychodził do domu i zdejmował czapkę, to wołał: „Maciuś” [Pan Józef naśladuje odgłosy ptaka]. Ale z czym to się wiązało, Pan wie jakie to ciężkie było te kanarki hodować, trzeba było co drugi dzień parzyć klatkę – co to znaczy parzyć? My mieliśmy, tak jak mówię, duży pokój, to mieliśmy taki stół, że jakby Pan rozłożył to mogło być 12 osób przy nim siedzieć. To myśmy mieli taki papier smołowany taki, i ten papier się rozkładało, rozkładało się te – 3 klatki mieliśmy – puszczało się te kanarki, w pojemniczki żarcia, one sobie chodziły po tym stole, tam kąpały się, bo miały te swoje wanienki takie. A my w tym czasie – tata robił, ale ja mu pomagałem, później to ja robiłem, bo tata już nie mógł, to ja robiłem – i żeśmy te kanarki… to się gotowało wodę, dosłownie, ale to nie to tak jak teraz na gazie, w czajniku, czajnik się gotowało, i tym czajnikiem, akurat pasowało, polewało się kanarki, żeby się wyparzało. Bo inaczej to kanarki dostawałyby wszołów. To się nazywało tak jak wszy, jak pchły – to wszoły. I nasze kanarki były zdrowe. Mało tego, jak tata już nie mógł, to jeden z tych kanarków, właśnie ten z tych najlepszych takich Maciusiów, to był ślepy. I już jemu żeśmy opuścili grządkę o połowę i on na tą grządkę wchodził, to dziobkiem brał i skakał na tą grządkę i mało tego – do tego stopnia, że jak tata, jak tata wchodził, to po głosie tatę poznawał, to myśmy go wzięli w klatkę i do okna wystawiali, tak jakby tutaj wystawił z tego, z balkonu, zza ściany – i jak słonko świeciło, to on, jak tata do niego mówił, to on taty śpiewał. I później, jak tata zmarł, to jeszcze 2 lata ten kanarek śpiewał, a ja mu dawałem. A najbardziej, największym przysmakiem było, jak lubił, jak mu się dawało świeżą sałatkę. No i tak zwany ten Kanar, ten pokarm to już był specjalny, to już się kupowało, to nie powiem, nie robiłem, nie kombinowałem, bo to się kupowało, to był najpewniejszy. A tylko jemu się dawało świeżą, to musiał być świeży listek sałatki, to mu na 2 dni starczyło, a później trzeba go już wyrzucić i dać świeżą, no to sam hodowałem.