Pan Zbigniew Zydel: Najczęściej hotdogi to się kupowało w centrum. Tak jak Marszałkowska, to tutaj. Kiedy one na Pragę przyszły, nie pamiętam, ale na pewno dużo później niż w centrum. To na pewno. Bo tutaj jeżeli były, to tak jak mówię… to były takie te wyroby regionalne, nazwijmy to. Jakaś tam buła z kotletem, z czymś tam, ale nie nie hotdogi. Nie w nazwie “hotdog” i tych bułek nie było, tylko normalna taka bułka tam nie wiem, poznańska, czy jaka ona się tam nazywała, był w to jakiś tam pakowane różne rzeczy, przeważnie mięso, jakieś kotlety to były, ale to nie był hotdogi.

Prowadząca: Kiełbaski?

Pan Zbigniew Zydel: Kiełbaski były, ale kiełbasa to była najczęściej na gorąco, w takich stoiskach. To były tak takie typu rusztu, no i tam musztarda, coś. Bo tego keczupu to tak też nie bardzo było, ale przeważnie był chrzan i była musztarda. Ale w większości była musztarda. I to było na takich tych rożnach, takich wózkach, na bazarze. Zresztą prócz tego czym mógł się pochwalić bazar. No i tak jak pani mówi, te nawoływania: a tam kawę sprzedają albo tam coś tam, herbatę, kawę sprzedaje, to takie te okrzyki, ja nie umiem tego powtórzyć, ale dlaczego? Bo były, mieli wózki, w tych wózkach było jakieś takie palenisko na dole zrobione, że to cały czas było podgrzewane, mieli od razu gotującą wodę i na miejscu pani zrobili. Czy kawę, czy herbatę, nawet takie tak jak mówię, jakieś tam kiełbaski, nie kiełbaski, z gorącej wody wyjmowali – proszę bardzo. Czy parówki czy jakieś takie typu, ak to tak, te grubsze, no, serdelki, o. O właśnie co ciekawe – na przykład w śródmieściu pani serdelków tak nie spotkała, a tutaj były. Tu właśnie, jak człowiek chciał przyjechać zjeść serdelka takiego gorącego z tego wózka, to tu były te serdelki. A co do hotdogów ja… mówię pani, nie umiem pani powiedzieć, bo na Śródmieściu były, tutaj ja tak nie pamiętam. Po jakimś czasie – oczywiście! Ale kiedy to przyszło, po jakim czasie, nie umiem powiedzieć. Ale to było, później. Pierwsze rzeczy to były właśnie tam, w centrum. No i to jak tam…

Prowadząca: Pytanie czy na takie kiełbaski czy parówki nie mówiono “hotdogi” potocznie, nie wie pan?

Pan Zbigniew Zydel: Tego nie pamiętam. Ten hotdog to się później przyjął chyba jako nazwa, bo tak to “idziemy na kiełbaski”, o tego typu. Albo na Ochocie był taki punkt, to taki taka jadłodajnia, bar… proszę pani, tak pysznego boczku, z przyprawami, gotowanego, nigdzie nie jedliśmy, nie zjadłem ja i moi znajomi. To nieraz było “to co, wyskakujemy na boczek? Wyskakujemy!”. To były takie dość grube plastry, no i tam jakieś pieczywo do tego. Ale tak było to smacznie zrobione, pyszne! Były takie punkty. Co… tutaj niedaleko bazaru była taka “Końska jatka”. A to właśnie teraz gdzie stoi ten budynek, to chyba kolejowy jest, ten brązowy taki. Przed burzeniem, w lewą stronę, tak jak od naszej strony, ten taki budynek mieszkalny, co tam jest… PKO na dole, tam jest coś tam jeszcze. Wie pani. No to tam. Właśnie było tak, że tam, tam właśnie większość to była właśnie te ruszta wszelkiego rodzaju, takie gdzie było coś tam na gorąco. Bo tutaj, na tym bazarze, dotykając samego bazaru, to tak jak mówię, był handel wszystkim, żywnością nie bardzo. Znaczy, produktami żywnościowymi też. Bo tam jakiś tam śledzik, jakieś tam rybki specjalne, a tam jeszcze inne rzeczy, najróżniejszego rodzaju przyprawy. Ale nie było gotowych rzeczy, takich do spożycia. A w tej drugiej części, jak gdyby, już nie bazarowej, ale łączącej się, o tu można było właśnie te serdelki, a to parówki. No, słynne te kopytki… nie, tfu! Jak one tam – pyzy! O, flaki, w tych słoikach, no. Potrzeba było, to zaraz przyszli i z kieliszkiem. Tak! Po cichu, tam się nikt tak nie certolił. Tam mieli swoich obstawianych ludzi. Było wiadomo, że jak coś, to już tylko jakiś tam sygnał i już od razu, zaraz się zmieniało wszystko, zaraz nie było.

Prowadząca:  A co tam polewano? Samogończyk czy…?

Pan Zbigniew Zydel: Nie, nie, nie, to była na ogół, ja nie próbowałem, ale z tego co wiem, być może tak dobrze zrobione, ale to była normalna wódka. Normalna wódka, poprzelewana w różne inne jakieś tam kształty butelek i czegoś tam innego, ale niektórzy korzystali. Ale to nie tylko tu było, to samo było na Szembeka. Tylko, że ten był znany, Szembeka później. Bo też, jak pani tam mieszka, to pani, no pani nie pamięta może… Bo tam ten Szembeka to też taki był plac wolny, duży. Tam i taka zlewnia była słynna, ah! Zapach był taki perfumowany, że trudno było wytrzymać, ale to wszystko były wolne przestrzenie… To był wolne przestrzenie. I tam też, jak chciało się to takiego miałem znajomego, mówił, że chodzi “na płotek”. Mówię na co…? “Na płotek”. Co to znaczy “na płotek”? A bo jak pójdę, to wypiję, nie mam pieniędzy, to mi taką kreskę stawiają. To mówi, postawią tam dwie, trzy kreski, to jak mam pieniądze, to przekreślają, to płotek jest! Także widzi pani. Ale to samo było i tu, tylko już dla swoich takich, dla znajomych.

Prowadząca:  A czy ten śledzik pod wódeczkę, że tak powiem, panowie sobie czasami…?

Pan Zbigniew Zydel: No to już w późniejszym okresie. No tak, to tak tradycyjnie było. To nawet, już świętej pamięci był jeden z takich kolegów, byliśmy na Grochowie, to taka była restauracja, nazywała się “Urocza”. Ale była taka “urocza”, że lepiej na nią nie patrzeć. Ale przychodził do mnie i mówił tak, to było takie hasło… “Słonko wyżej, trawka bliżej”, bo nieraz ktoś był, to już było wiadomo – aha, ze Stasiem.