This is additional content area. Learn more
Sławomir Popowski: Moje doświadczenia z knajpami na Pradze to są doświadczenia tego faceta, który przechodził koło tych knajp, bo był wtedy jeszcze za młody, żeby z nich korzystać. Jeżeli się piło, w mojej że tak powiem grupie wiekowej, czyli nastolatków, to była alpaga, to było zupełnie coś innego. Natomiast knajpy, tak były i człowiek z nimi na co dzień obcował. Pierwszą wódkę, żeby była jasna sprawa, pierwszą wódkę wypiłem w okresie mniej więcej koło matury. Znaczy pierwszą wódkę oficjalnie. Poszedłem ze swoim stryjecznym dziadkiem, który zaprosił mnie właśnie do „Inwalidów” naprzeciwko i na stojaka pod, pod meduzę żeśmy wypili. Ja wypiłem swoją pierwsza oficjalną setkę w życiu, ale tak idąc od Czterech Śpiących i na Wileńskiej była taka fajna knajpa, która się nazywała „Nysa” i na rogu Wileńskiej i Inżynierskiej, zaraz przed dawnym kinem „Syrena”, a dziś jest tam superstacja była knajpa, która się nazywała bodajże „Pod strzechą”. Natomiast na Targowej idąc od Śpiących po prawej stronie Targowej była knajpa, pierwsza to była chyba knajpa „Praga”, to było na rogu Karola Wójcika i Targowej. Na przeciwległym rogu, też Karola wójcika i Targowej była „Wisełka”, nawiasem mówiąc, wie pan kto był dyrektorem, szefem tej restauracji? Bardzo podobny, rodzony brat naszego aktora, jako on się nazywał? Czechowicza, tak. On był dyrektorem tej knajpy, ponieważ niedaleko ojciec prowadził sklep na Karola Wójcika, więc właśnie czasami przychodził do nas do ojca do sklepu. To była „Wisełka”, po przeciwległej stronie Targowe, miedzy Dworcem Wileńskiego, a Ząbkowską była właśnie ta knajpa „U kulasów”. Na rogu Okrzei knajpa, którą bardzo dobrze pamiętam, bo jak chodziłem do pięćdziesiątki to na Karola Wójcika, dzisiaj Kłopotowskiego, to właśnie codziennie rano przed 8 mijałem tą knajpę. Była knajpa „Portowa”, ona była otwierana o godzinie 8, więc przed 8 zawsze się tam kłębił tłumek osób, żeby strzelić sobie coś na klina. Dalej była „U Bosmana” na Brzeskiej. Była też taka knajpa „Pod żółwiem”, „Pod żółwiem”, ale to zdaje się było bliżej Marcinkowskiego. I jeszcze tam dalej w okolicach Marcinkowskiego, czy przed, czy za, już nie pamiętam, była pierwsza oaza. Pierwsza oaza, która była w baraku, właściwie takim jakimś dziwnym, a potem została przeniesiona na ulice Targową i zrobiono tam coś w rodzaju takiego baru „Praha”. I była knajpa, którą ja sobie, nie to, że ceniłem, ale mi się podobała, to była między, na Ząbkowskiej, między Nieporęcką, a Tarchomińską, była knajpa „Dunajcowa”. Nie wiadomo dlaczego, tą knajpę upodobali sobie węglarze, którzy handlowali węglem na Pradze. W tych swoich wspomnieniach wspominam również, nieistniejącą już dzisiaj, kawiarnię „Zakopianka”, która mieściła się właściwie w tym miejscu, gdzie Ząbkowska dzieli się, tu idzie Radzymińska, tu idzie Kawęczyńska, a jaszcze w bok, koło kapliczki, skręca ulica Korsaka. Miejsce zapomniane, a tam kiedyś był, istniał na ulicy Korsaka bardzo długo po wojnie taki prawdziwy, wiejski bazar. Podobała mi się „Zakopianka”, po pierwsze dlatego, że była to kawiarnia, chyba jedyna właśnie, w tamtych okolicach, ale zasłynęła z innego powodu. Było to jedyne miejsce, które znałem, w którym można było zamówić, kupić oficjalnie alpagę, podawali alpagę, czyli wino patykiem pisane za dwadzieścia jeden złoty. I nie tylko można było kupić alpagę, ale oni sprzedawali to również na lampki. Mógł pan sobie zamówić lampkę, na przykład wina za dwadzieścia jeden i to w czasach, kiedy do dobrego tonu, jak trzeba było zaprosić kogoś do kawiarni, no to takimi luksusowymi winami, to najpierw była Mistella, bardzo słodkie włoskie wino, potem było wino La Crima i podawano różnego rodzaju Wermuty, ale to już było w ogóle jakby wyższe szczeblem. Na Pradze też była taka kawiarnia, chyba tam nawet po raz pierwszy próbowałem właśnie Mistelle, strasznie słodkie wino nie dawało się tego pić, to była „Kijowska” tutaj na Targowej po lewej stronie, idąc w stronę Grochowa, przed ulicą Kijowską. To te knajpy zapamiętałem. Jak mówię, ja nie korzystałem byłem za młody na to. Pamiętam bardzo dobrze tą knajpę „Portową”, którą sobie nawet kiedyś nazwałem, że jest to jak apteka o godzinie 8 rano, bo tam ludzi mogli się kurować, nie licząc oczywiście tych wszystkich, którzy handlowali gorzała na melinach, a tych też było dużo.
