Sławomir Popowski: To był rok 62-gi, albo 63-ci, chyba 63-ci. Zorganizowałem, i z tego jestem dumny, pierwszy koncert Rolling Stonesów na Szmulkach. Wyglądało to tak: miałem kumpla w szkole Władysława IV, jego ojciec miał wytwórnię wód mineralnych, w związku z czym, jak na ówczesne standardy, był człowiekiem dobrze sytuowanym. I ten mój kumpel, Tomek, pojechał do Londynu na jakiś tam wyjazd – co wtedy było w ogóle rzadkością, żeby można było pojechać. Pamiętam jak się ludzie popisywali tym, że mają torby lotnicze z napisem, np. „pana”, bo to dostawali wtedy jako suwenir z lotu. Otóż Tomek przywiózł z Londynu drugi longplay Rolling Stonesów. Jak Pan pamięta, pierwszy longplay to był z tym utworem Like A Rolling Stones. Ale drugi to był taki longplay, na którym już było Road 66, Roll Over Beethoveen i jeszcze parę innych. Natomiast był tam też mój ukochany utwór, który kocham do dzisiaj, I’m A King Bee. Znakomity rhytm n’ blues-owy kawałek. Moje mieszkanie było na parterze. Dosłownie po drugiej stronie był przystanek tramwajowy. Było to mniej więcej w okolicach świąt wielkanocnych, w związku z czym moim obowiązkiem było umycie okien. Więc myłem te okna, postawiłem sobie adapter na parapecie, postawiłem głośnik, puściłem na full ile się dało wycisnąć z tego bambina. I puściłem właśnie tą płytę. I była cudna reakcja ludzi, którzy stali na przystanku. Niektórzy pukali się w czoło co ten palant robi, w ogóle facet, a myje okna. Nie miałem możliwości wytłumaczenia, że chowałem się bez matki, więc zajęcia są i obowiązki podzielone. Ale część zaczęła tańczyć na tym przystanku!