Pan Zbigniew Djaczko: Wszyscy oczywiście jak były bombardowania to zbiegali do piwnicy. A ponieważ z Pragi wysiedlili całą naszą rodzinę i nie tylko rodzinę ale i znajomych, to w tym mieszkaniu na Grochowie, to był pokój z kuchnią, mieszkało 38 osób wygonionych stamtąd, i myśmy pokotem leżeli spaliśmy na ziemi. I w pokoju, w kuchni i przedpokoju nawet te osoby. Poza ciotką i wujkiem i rodziną jeszcze sąsiedzi, którzy do nas przybyli. Między innymi mój rówieśnik, Ryszard, nazwiska w tej chwili sobie nie przypomnę, wraz z mamą. I myśmy spali obok siebie. W momencie kiedy był nalot myśmy się podrywali i zbiegaliśmy wszyscy do piwnicy. I on biegł przede mną, ja za nim, trzymając buty w ręku bo nikt tam się nie zdążył ubrać. I pocisk, bomba spadła przed domem, przebiła drzwi drewniane wejściowe do tego budynku i odłamek uderzył go pod kolano. A mnie no na szczęście nawet nie drasnęło. I niestety on, z uwagi na upływ krwi i brak pomocy to ten chłopiec zmarł. Jeszcze tam pytał się : ”Czy Zbyszek wie że ja jestem ranny?”. Ja wiedziałem, jeżeli siedziałem niedaleko, a tam on leżał, bo w tej piwnicy była taka ogólnodostępna pralnia z taką kadzią namokową i ze zlewozmywakiem. Na tej kadzi namokowej położyli jakąś deskę i on na tej desce leżał. Niestety zmarł. Tam usiłowali pomoc jakąś dla niego zorganizować, bo w sąsiednim domu na ulicy Krupskiej (to było 50 do 100 metrów) też się ludzie chowali w piwnicy i tam był między innymi lekarz, o czym wiedzieliśmy i pobiegli z prośbą o pomoc, ale on odmówił. Powiedział, że jest ostrzał w tej chwili artyleryjski , on już nie uratuje. Nogi mu nie utnie bo nie ma czym. I odmówił pomocy. Pewnie gdyby to było w warunkach pokojowych to można było tą nogę amputować i by żył, no ale niestety zmarł.