This is additional content area. Learn more
Ksiądz Ryszard Ptasiński: Przedtem bracia… bracia w okupacji byli. W 39 r. wrócili. Jeden pracował w Bristolu. Nie wiem, trudno mi jest powiedzieć czy go…- bo wszyscy trzej AK-owcy byli. Więc jeden mieszkał na Wołomińskiej, żonaty a dwóch kawalerów z nami na tej Jutowskiej mieszkaliśmy; czy oni… na pewno należeli do podziemia, ale o tym się nie mówiło. Ja Józka – tego ile on miał lat? On był z 21 roku a to był rok 40 początkowy, więc gdzieś do Hotelu Bristol poszedł na praktykę… hmm… kucharza! Gdzie pojęcia o tym przedtem nie miał, ale nie wiem. Dlatego nie wiem czy go nie skierowali tam z organizacji. Z tym, że trzeba wiedzieć że od Krakowskiego w dół szedł tramwaj na Pragę. Nie tak jak dzisiaj, że most. To szedł normalnie tramwaj i idąc Krakowskim Przedmieściem, Nowy Świat, Krakowskie – i zjeżdżał tutaj. Nie było tego wiaduktu, on tak stopniowo zjeżdżał. I on pracował w tym hotelu Bristol jako fachowy kucharz, a fachowy Bristol był tylko dla Niemców. I on- w którym to mogło być roku to nie wiem, 42,3- z matką ustalili, że ja co drugi dzień będę w bristolu, rano, jako dzieciak, i od niego dostanę teczkę. I tą teczkę mam przywozić do domu. Tylko mówi: ”Słuchaj, jeżeli Niemcy wejdą do tramwaju – bo ja przy Bristolu miałem przystanek i wsiadałem – jeśli Niemcy wejdą do tramwaju to nie jest twoja teczka. Bo jeżeli zobaczą tą teczkę i ją otworzą to cała nasza rodzina zginie”. Ja nie wiedziałem co tam jest tylko wiedziałem, że w tej teczce są takie rzeczy, które cała nasza rodzina zginie. A co było, co było na dole – bo ta teczka była obfita, ja byłem smarkacz, ale jakoś ją niosłem. A na wierzchu było: kawałek mięsa, wędliny, także w czasie okupacji później to byśmy nie mieli co jeść, jakbyśmy… nam się nieźle powodziło ze względu na Bristol. Bo np. mięso które wyjmowali z zupy itd., co Niemcom nie dawano na posiłki, to ci pracownicy, kucharze brali w takie torby i do domu. I ja to przywoziłem do domu, myśmy mieli – okupację myśmy przeżyli zupełnie przyzwoicie później, bo na początku jak bracia byli poza domem… A ten z Bristolu bardzo pomagał.
Prowadzący: Uhm. W tej torbie było coś poza mięsem, jedzeniem?
Ksiądz: Musiała być albo amunicja albo rewolwer. Ja nic nie wiedziałem, tylko wiedziałem, że nie wolno mi tej teczki powiedzieć że to jest moja, bo Niemcy rozstrzelają całą naszą rodzinę.
Prowadzący: I komu ksiądz później to przekazywał?
Ksiądz: Do domu. W domu – przywoziłem, mama robiła dobre… wtedy nam się dobrze już wiodło, wiadomo – mięsa było prawie na każdy dzień, wędlina, coś, jajka. Czasami powiedzmy jak to dziecko, po drodze parę jajek sprzedałem, żeby mieć parę groszy, jak to chłopak, nie? Ale co było w tej teczce to ja do końca nie wiem. Tam coś musiało być Prawdopodobnie on – ponieważ byli wtedy w organizacjach różnych, to jego prawdopodobnie skierowali do pracy. Nawet mam zdjęcia jego w tej czapie kucharskiej, z kolegą siedzi. To była jedyna instytucja, w której można było dobrze żyć. Nie, tam nikt nie mógł, nawet Niemiec chyba, szeregowiec nie mógł tam wejść, tylko Niemcy wyższej rangi wchodzili.
Prowadzący: Oficerowie.
Ksiądz: Z tym że tam się wchodziło jak ja przyjeżdżałem do niego- jedno do dziś mnie zastanawia: kim była ta ich kierowniczka. Bo ona mówiła takim stylem j. niemieckiego po polsku. Prawdopodobnie Niemka. Jaki oni mieli z nią kontakt to nie wiem. Ale jak ja przyjeżdżałem, to od Karowej się wchodziło- w prawej, w dół schodami do podziemia gdzie kuchnie te wszystkie były. Jak przychodziłem ta Niemka mnie zawsze wołała:”Rryś, Rryś! Co będziesz jadł?” „Kaczkę z buraczkami”. Tak jak przyjeżdżałem: ”Rryś”- to samo, to samo. I mnie podali kaczkę z buraczkami, a brat w tym czasie ładował teczkę. Ja kaczkę zjadłem, teczkę do ręki bałem, wyjeżdżałem. To było takie bardzo… Zawsze wspominam tą Niemkę. Ona była ubrana tak jak powiedzmy pracownik: w taki biały czepek, fartuch. Z tym, że ona mnie lubiła, nie wiem dlaczego ale ona mnie lubiła. Ja co drugi dzień prawie tam byłem, to ona:”Rryś, !”, Łatwo było mnie dać, dlatego że jako dziecko do szkoły idę, tekę niosę.
Prowadzący: Ale to podejrzana teczka, taka teka jak facet.
Ksiądz: No ale jak wsiadłem do tramwaju przejechałem; ale z hotelu to nie miałem daleko.
Prowadzący: A wspominał ksiądz, że udało się czasem sprzedać jakieś jajka i mieć jakieś drobne. To na co taki mały chłopiec w tym czasie wydawał pieniądze?
Ksiądz: Na cukierki.
Prowadzący: Na cukierki?
Ksiądz: No, jak dziecko, nie? To znaczy nie było to często, co jakiś czas, no przecież mama wiedziała co ja będę…
